Dzieje Duszy - Rozdział XI
Czytelnia - DZIEJE DUSZY - św - św. Teresa od Dzieciątka Jezus

Dzieje duszy
Św. Teresa od Dzieciątka Jezus (Teresa Martin)

Rozdział XI

Nowe przykazanie

Miłość bliźniego a duchowe ubóstwo. Mały pędzelek. Nadprzyrodzona pedagogia Teresy. Zwycięstwo przez modlitwę i ofiarę. Czym jest dla Teresy modlitwa. Pochwały i upokorzenia. Znosić wady bliźniego. Siostra od św. Piotra. Dwaj bracia misjonarze. "Pociągnij mnie..."

Bilet, który siostra Teresa od Dzieciątka Jezus nosiła na sercu w dniu profesji

Akt ofiarowania się Miłości Miłosiernej

Moja Matko, Jezus wyświadczył twemu dziecku tę łaskę, że pozwolił mu przeniknąć tajemnicze głębie miłości bliźniego; gdyby ono zdolne było wypowiedzieć to, co rozumie, usłyszałabyś melodię Niebios, ale niestety! daję Ci usłyszeć tylko szczebiot dziecięcy... Gdybym nie mogła posługiwać się słowami samego Jezusa, miałabym pokusę prosić Cię o łaskę, byś mi pozwoliła odłożyć pióro... Ale nie, trzeba, bym dalej czyniła z posłuszeństwa to, co z posłuszeństwa zaczęłam.

Matko ukochana, napisałam wczoraj, że dobra ziemskie nie są moją własnością; winno mi łatwo przychodzić nie upominać się nigdy, gdy mi cokolwiek zabierają. Dobra Niebieskie tym bardziej nie należą do mnie, są mi pożyczone przez Dobrego.

Boga i nie mam prawa nawet skarżyć się, gdyby chciał mi je odebrać. Tymczasem dobra pochodzące wprost od Pana Boga, zalety umysłu i serca, myśli głębokie, tworzą bogactwo, do którego przywiązujemy się jak do własnego dobra, którego nikt nie ma prawa tknąć... Na przykład: gdy - mając na to pozwolenie - podzielę się z którąś siostrą światłem odebranym na modlitwie, a ona wkrótce potem, rozmawiając z inną, przekaże jej to zwierzenie, jako myśl własną, wtedy sądzimy, że zabrała nie swoją własność. Albo też w czasie rekreacji szepnie się sąsiadce dowcipne słówko; jeżeli ona głośno je powtórzy nie podając źródła, skąd pochodzi, może się to autorce wydać kradzieżą i chociaż w pierwszej chwili nie upomni się o nie, to jednak skorzysta z pierwszej okazji, aby sprytnie dać do zrozumienia, że przywłaszczono sobie jej myśli.

Moja Matko, nie umiałabym tak dobrze określić tych pożałowania godnych skłonności natury, gdybym ich we własnym sercu nie doświadczyła, a mile bym się łudziła, że tylko mnie one nawiedzają, gdybyś mi nie poleciła wysłuchiwać drogich małych nowicjuszek zwierzających mi swe pokusy. Pełniąc misję, którą mi zleciłaś, sama dużo skorzystałam, przede wszystkim zaś znalazłam siłę do praktykowania tego, czego uczyłam innych; teraz więc mogę powiedzieć, że dzięki łasce Jezusa jestem już oderwana zarówno od zalet umysłu i serca, jak i dóbr ziemskich. Jeśli przyjdzie mi na myśl i powiem coś, co spodoba się moim siostrom, uważam to za rzecz całkiem naturalną, kiedy uchwycą to jako swoją własność. Myśl ta pochodzi przecież od Ducha Świętego a nie ode mnie, wszak św. Paweł zapewnia, że bez pomocy tego Ducha Miłości nie możemy nawet nazwać imieniem "Ojciec" naszego Ojca, który jest w Niebie (1). Wolno mu zatem posługiwać się mną, kiedy chce podać dobrą myśl jakiejś duszy; gdybym uważała, że ta myśl do mnie należała, byłabym jak "Osioł niosący relikwie" (2), który sobie przypisywał oznaki czci składane Świętym.

Nie gardzę głębokimi myślami, które karmią duszę i łączą ją z Bogiem, ale dawno już zrozumiałam, że nie trzeba na nich zbytnio polegać i zakładać doskonałości na otrzymywaniu wielkiej ilości świateł. Najpiękniejsze myśli są niczym bez uczynków. To prawda, że mogą one być bardzo pożyteczne dla innych, dla tych, którzy okazują Panu Bogu pokorną wdzięczność za to, że pozwala im uczestniczyć w uczcie duszy, którą spodobało Mu się wzbogacić łaskami; jeżeli jednak ta dusza lubuje się w swoich pięknych myślach i zanosi modlitwę faryzeusza, staje się podobna do kogoś, kto umiera z głodu, siedząc przy suto zastawionym stole, podczas gdy jego goście korzystają obficie z uczty i raz po raz rzucają zazdrosne spojrzenia na posiadacza tych skarbów. Ach! jak to dobrze, że chociaż Bóg jeden zna głębiny serc... jakże powierzchowne są sądy stworzeń!... Kiedy widzą duszę obdarzoną większym światłem, natychmiast wnioskują, że są mniej niż ona przez Jezusa miłowane, a zatem nie są powołane do takiej świętości jak ona. - Odkąd to Pan nie ma już prawa posługiwać się jednym ze swych stworzeń w celu rozdawania umiłowanym przez siebie dzieciom niezbędnego im pożywienia? W czasach Faraona Pan miał jeszcze to prawo, bo w Piśmie św. zwrócił się do tego władcy: "Wyniosłem cię bardzo głównie dlatego, aby zajaśniała nad tobą MOJA MOC, oby imię moje opowiadane było po całej ziemi (3). Wieki przeminęły, odkąd Najwyższy wypowiedział te słowa, a jego postępowanie nie zmieniło się, zawsze używa swych stworzeń jako narzędzi dla dopełnienia w duszach swego dzieła.

Gdyby płótno, na którym artysta maluje, mogło myśleć i mówić, nie skarżyłoby się zapewne, że jest nieustannie dotykane pędzlem, nie zazdrościłoby również losu temu narzędziu, wiedząc, że bynajmniej nie pędzlowi, ale kierującemu nim artyście zawdzięcza to piękno, którym zostało przybrane. Pędzel zaś nie może chlubić się z arcydzieła dokonanego za jego pośrednictwem, wie bowiem, że to artyści o nie zabiegają, że igrając z trudnościami, wolą nieraz posługiwać się narzędziami słabymi i ułomnymi.

Matko ukochana, jestem tym małym pędzelkiem, który Jezus wybrał sobie, by tworzyć swój obraz w duszach, które mi powierzyłaś. Artyście nie wystarczy tylko jeden pędzel - potrzebuje przynajmniej dwóch; pierwszy jest najpotrzebniejszy, nim robi ogólne zarysy, szybko pokrywa całe płótno; drugi, mniejszy, służy do wykańczania szczegółów.

To Ciebie, moja Matko, wyobraża mi ten cenny pędzel, którym ręka Jezusa posługuje się z miłością, gdy chce wykonać wielką pracę w duszach twych dzieci, ja zaś jestem tym całkiem maleńkim, którego następnie raczy używać do wykańczania szczegółów.

Po raz pierwszy posłużył się Jezus swym małym pędzelkiem około 8 grudnia 1892 r. Okres ten pozostanie dla mnie na zawsze pamiętnym czasem łaski. Podzielę się z Tobą, moja droga Matko, tymi słodkimi wspomnieniami.

W piętnastym roku życia, kiedy to miałam szczęście wstąpić do Karmelu, znalazłam w nowicjacie towarzyszkę (4), która uprzedziła mnie tu o kilka miesięcy; była ode mnie osiem lat starsza, ale jej dziecięce usposobienie pozwalało zapomnieć o różnicy wieku; toteż wkrótce cieszyłaś się, moja Matko, patrząc na dwie postulantki, doskonale się rozumiejące i nierozłączne. By wesprzeć to budzące się uczucie, które - jak sądziłaś - mogło być owocne, pozwoliłaś nam od czasu do czasu na małe rozmówki duchowne. Moja droga mała towarzyszka zachwycała mnie swoją niewinnością, swą otwartą naturą, ale z drugiej strony byłam zaskoczona widząc, jak bardzo jej uczucie, którym Ciebie darzyła, było odmienne od mego. Pragnęłam, aby także w swym stosunku do sióstr wiele rzeczy zmieniła. Wówczas to Pan Bóg dał mi zrozumieć, że są dusze, na które w miłosierdziu swoim czeka nieznużenie, którym udziela swego światła stopniowo, toteż strzegłam się bardzo, by nie wyprzedzić Jego godziny i oczekiwałam cierpliwie, aż Jezus pozwoli jej nadejść.

Pewnego dnia, zastanawiając się nad udzielonym nam pozwoleniem rozmawiania ze sobą: by zapalać się nawzajem większą miłością naszego Oblubieńca - jak mówią nasze św. Konstytucje - pomyślałam ze smutkiem, że nasze rozmowy mijają się z celem; tak więc Dobry Bóg dał mi poznać, że chwila nadeszła, że trzeba albo bez obawy powiedzieć wszystko, albo zaprzestać tych rozmów, które przypominają raczej rozmowy dwóch światowych przyjaciółek. Była to sobota; nazajutrz w czasie swego dziękczynienia błagałam Pana Boga, by włożył w moje usta słowa łagodne i przekonywające, albo raczej, Sam mówił przeze mnie. Jezus wysłuchał mej prośby i pozwolił, że wynik przeszedł moje oczekiwanie, ponieważ Ci, którzy zwracają swoje spojrzenie na Niego, będą wysłuchani (Ps 33) (5) i Dla tych, którzy mają serce prawe, w ciemnościach wzeszła światłość (6). Pierwsze słowa odnoszą się do mnie, drugie do mej towarzyszki, która istotnie miała serce prawe... Spotkałyśmy się o oznaczonej godzinie; biedna siostrzyczka rzuciwszy na mnie wzrokiem natychmiast spostrzegła, że już nie jestem tą samą. Rumieniąc się usiadła koło mnie, a ja tuląc jej głowę do swego serca, powiedziałam jej przez łzy wszystko, co o niej myślę, ale w słowach tak serdecznych, okazując jej tak wiele uczucia, że wkrótce jej łzy zmieszały się z moimi. Przyznała z wielką pokorą, że wszystko, co jej powiedziałam, było prawdziwe, obiecała zacząć nowe życie i prosiła mnie jak o łaskę, bym jej zawsze zwracała uwagę, kiedy pobłądzi. Wreszcie w chwili naszego rozejścia się nasze wzajemne uczucie stało się całkowicie duchowe, nie pozostało już w nim nic ludzkiego (7). Ziściło się w nas zdanie Pisma św.: "Brat, który bywa wspierany przez brata, jest jak miasto umocnione"(8).

To, co Jezus uczynił z pomocą swego pędzelka, byłoby się wkrótce zatarło, gdyby nie posłużył się Tobą, moja Matko, by dopełnić swego dzieła w duszy, którą chciał mieć wyłącznie dla siebie. Ta próba wydała się mej biednej towarzyszce bardzo gorzka, ale twoja stanowczość zwyciężyła i dopiero wtedy mogłam, starając się ją pocieszyć, wyjaśnić tej, którą w sposób szczególny dałaś mi za siostrę, na czym polega prawdziwa miłość. Wykazałam jej, że siebie samą kochała nie Ciebie, powiedziałam jej, jak ja Ciebie kocham i jakie ofiary musiałam ponieść na początku mego życia zakonnego, aby nawet w najmniejszym stopniu nie przywiązać się do Ciebie w sposób naturalny, tak jak pies przywiązuje się do swego pana. Miłość karmi się ofiarą; im więcej dusza unika zaspokojenia przyrodzonych skłonności serca, tym silniejsze i bardziej bezinteresowne staje się jej uczucie.

Pamiętam, że będąc postulantką, miewałam nieraz bardzo silne pokusy, aby wejść do Ciebie dla własnej przyjemności, dla znalezienia kilku kropli radości, jak byłam wówczas zmuszona szybko przechodzić przed depozytorium (9) i chwytać się poręczy schodów. Przychodziło mi na myśl mnóstwo pozwoleń, o które mogłabym prosić, słowem, moja ukochana Matko, wynajdywałam tysiące racji, by zadowolić naturę... Jakże jestem teraz szczęśliwa, że odmawiałam sobie tego w początkach mego życia zakonnego! Cieszę się już nagrodą obiecaną tym, którzy się mężnie potykają. Nie czuję już teraz koniecznej potrzeby odmawiania swemu sercu wszelkiej pociechy, bo dusza moja jest utwierdzona przez Tego, którego jedynie pragnę miłować. Widzę więc z radością, że serce moje Jego tylko miłując, rozszerza się tak, że zdolne jest kochać swoich miłością nieporównanie gorętszą, niżby mogło mieć dla nich, zamykając się w uczuciu samolubnym i bezowocnym.

Przypomniałam Ci, moja droga Matko, pierwszą pracę, którą "wspólnie z Jezusem raczyliście wykonać za moim pośrednictwem; stanowiła ona jedynie wstęp do tych, które potem były mi powierzane. Zaledwie danym mi było wniknąć do sanktuarium dusz (10), natychmiast spostrzegłam, że zadanie przechodziło moje siły, rzuciłam się więc jak dziecko w ramiona Boże i kryjąc w nich twarz, powiedziałam Mu: Panie, jestem za mała, by nakarmić twe dzieci; jeśli chcesz dawać im przeze mnie to, każdemu jest potrzebne, napełnij moją małą dłoń Twoimi skarbami, a ja pozostając w Twych ramionach i nie odwracając głowy, będę obdarzać duszę, która do mnie przyjdzie. Jeżeli w nich zasmakuje, uznam, że to nie mnie, ale Tobie zawdzięcza; jeżeli zaś, przeciwnie, skarżyć się będzie na zbytnią gorycz tego, co jej podaję, nie będę się tym niepokoić, ale postaram się jej wytłumaczyć, że ten pokarm pochodzi od Ciebie i będę się bardzo strzegła szukania dla niej czegoś innego.

Moja Matko, odkąd zrozumiałam, że sama z siebie nie mogę nic uczynić, obowiązek, który na mnie włożyłaś, nie wydaje mi się już tak trudny, zdaję sobie sprawę, że rzeczą konieczną dla mnie jest coraz ściślejsze zjednoczenie z Jezusem, reszta zaś będzie mi przydana w nadmiarze (11). I rzeczywiście, moja ufność nigdy nie doznała zawodu; Dobry Bóg raczył napełniać moją małą dłoń, ilekroć to było potrzebne dla nakarmienia duszy moich sióstr. Wyznaję Ci, Matko ukochana, że gdybym choć trochę opierała się na własnych siłach, trzeba by mi było szybko złożyć broń. Czynić dobrze duszom, umacniać je w miłości Bożej, wreszcie kształtować je według osobistego zapatrywania i własnych myśli - z daleka wygląda to różowo. Z bliska jednak jest całkiem inaczej i nie przedstawia się różowo... wtedy się czuje, że czynić dobrze bez pomocy Bożej jest rzeczą również niemożliwą jak sprawić, by słońce świeciło w nocy... Wtedy się czuje, że trzeba zupełnie poniechać własnych upodobań i osobistych poglądów i prowadzić dusze drogą, którą Jezus dla każdej wykreślił, nie pozwalając im, by chodziły własnymi ścieżkami. Ale nie to jeszcze jest najtrudniejsze; co mnie najwięcej kosztuje, to zwracanie uwagi na błędy, na najmniejsze niedoskonałości i wydawanie im śmiertelnej walki. Miałabym ochotę powiedzieć: na nieszczęście dla mnie (ale nie, to byłoby tchórzostwem), powiem więc: na szczęście dla mych sióstr, odkąd spoczęłam w ramionach Jezusa, stałam się podobna do strażnika obserwującego nieprzyjaciela z najwyższej baszty warownego zamku. Nic nie ujdzie przed moim wzrokiem; często sama się dziwię, że tak jasno widzę i rozumiem dobrze proroka Jonasza, że uciekł, zamiast pójść zawiadomić Niniwę o zagładzie. Wolałabym sama być tysiąc razy upomniana, niż upominać innych, czuję jednak, że trzeba, by sprawiało mi to przykrość, kiedy bowiem działa się pod wpływem natury, jest rzeczą niemożliwą, by dusza, której błędy się odkrywa, zrozumiała swój brak słuszności, widzi bowiem tylko jedno: siostra - zobowiązana do kierowania mną - gniewa się, i wszystko spada na mnie, choć jestem pełna najlepszych intencji.

Dobrze wiem, że twoje małe baranki uważają mnie za surową. Gdyby przeczytały te słowa, powiedziałyby, że wyglądam na to, jakby mnie najmniej w świecie kosztowało tak biegać za nimi, przemawiać do nich tonem surowym, ukazując im, że zbrukały swoje piękne runo, albo też przynosić im odrobinę wyrwanej wełny, którą pozostawiły na przydrożnych cierniach. Małe baranki mogą mówić, co się im podoba; w głębi jednak czują, że je kocham miłością prawdziwą, że nigdy nie naśladowałabym najemnika, który widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka (12). Gotowa jestem oddać za nie życie, ale moja miłość jest tak czysta, że nawet nie pragnę, by była im znana. Nigdy, za łaską Jezusa, nie ubiegałam się o pozyskanie ich serc dla siebie, rozumiałam, że moją misją jest prowadzić je do Boga i pomóc im zrozumieć, że tu na ziemi, Ty, Matko, jesteś widzialnym Jezusem, którego mają kochać i szanować.

Powiedziałam Ci już, moja droga Matko, że ucząc drugich, sama wiele się nauczyłam. Przede wszystkim przekonałam się, że wszystkie dusze przechodzą przez te same mniej więcej walki, z drugiej jednak strony tak dalece jedna od drugiej jest różna, że nietrudno mi zrozumieć to, co mówił Ojciec Pichon:

"Dusze ludzkie różnią się między sobą o wiele bardziej niż ludzkie twarze". Jest istotnie rzeczą niemożliwą postępować z wszystkimi w ten sam sposób. Wobec jednych czuję, że winnam stać się maleńką, nie lękać się samoupokorzenia przez wyznanie własnych walk i porażek. Moje siostrzyczki widząc, że mam te same co one słabości, wyjawiają mi z kolei błędy, które sobie wyrzucają, i cieszą się, że znam je z własnego doświadczenia. Z innymi znów przeciwnie, widzę, że dla ich dobra muszę się uzbroić w wielką stanowczość i nigdy nie cofać tego, co raz powiedziałam. Tutaj uniżenie się byłoby objawem nie pokory, ale słabości. Z łaski Bożej nie lękam się walki; pragnę za wszelką cenę spełnić swój obowiązek. Nieraz słyszałam: "Jeśli chcesz cokolwiek ze mnie zrobić, to tylko miłością; siłą niczego nie dokażesz". Wiem, że nikt nie jest dobrym sędzią we własnej sprawie, a dziecko, któremu lekarz ma zrobić bolesną operację, nie omieszka głośno krzyczeć i wołać, że lekarstwo jest gorsze od samej choroby; po kilku miesiącach jednak, kiedy już wyzdrowieje, jest szczęśliwe, że może bawić się i biegać. Podobnie dzieje się z duszami; wkrótce i one rozumieją, że odrobina goryczy jest lepsza od pociech i nie obawiają się tego uznać. Kilkakrotnie nie mogłam powstrzymać się od wewnętrznego uśmiechu na widok zmiany, jaka zaszła z dnia na dzień; to jest wprost cudowne... Przychodzą, by mi powiedzieć: "Miałaś wczoraj rację, że byłaś surowa, zrazu oburzyło mnie to, ale potem zastanowiłam się i widzę, że postąpiłaś bardzo sprawiedliwie... Posłuchaj: wychodząc pomyślałam, że wszystko skończone; mówiłam sobie: pójdę do naszej Matki i powiem jej, że nie chcę już chodzić do S. T. od Dz. Jezus. Czułam jednak że podsuwa mi to szatan, a potem zdawało mi się, że siostra modli się za mnie, uspokoiłam się więc i zajaśniało mi światło, ale teraz trzeba, byś mnie oświeciła do reszty, i po to tu przyszłam". Rozmowa nawiązuje się bardzo szybko, jestem bardzo szczęśliwa, że mogę pójść za porywem serca, nie używając żadnego gorzkiego słowa. Tak, ale... szybko spostrzegam, że nie trzeba się zbyt spieszyć, jedno słowo może zniszczyć piękną budowlę wzniesioną wśród łez. Jeżeli na nieszczęście powiem jedno słowo, które zda się łagodzić to, co w przeddzień powiedziałam, widzę, że moja siostrzyczka próbuje uchwycić się tego jak deski ratunku, więc krótko modlę się wewnętrznie i prawda odnosi zwycięstwo. O! to modlitwa i ofiara stanowią całą moją siłę, one są tą niewidzialną bronią, którą mi dał Jezus, one - często tego doświadczyłam - o wiele lepiej niż słowa potrafią wzruszyć dusze. Jedno z tych doświadczeń wywarło na mnie słodkie i głębokie wrażenie.

Był czas wielkiego postu. Zajmowałam się wówczas tylko jedną nowicjuszką (13), przebywającą tutaj, której byłam aniołem (14). Pewnego dnia przyszła do mnie rozpromieniona i mówi: "Ach! gdybyś, siostro, wiedziała, jak piękny miałam sen tej nocy: byłam przy mojej siostrze i chciałam ją oderwać od wszystkich marności, które tak bardzo kocha, i w tym celu wyjaśniałam jej tę strofkę z "Żyć miłością": "Kochać Cię Jezu, jakaż to owocna strata! Wszystkie moje wonności są dla Ciebie bezpowrotnie". Czułam, że moje słowa przenikają do jej duszy i byłam uradowana. Przebudziwszy się rano pomyślałam, że może Dobry Bóg chce, bym Mu tę duszę pozyskała. Gdybym tak po skończeniu wielkiego postu napisała do niej i opowiedziała jej mój sen, dodając, że Jezus chce ją mieć całą dla Siebie?"

Nie namyślając się długo, powiedziałam jej, że może spróbować to zrobić, ale najpierw musi poprosić Naszą Matkę o pozwolenie. Do końca postu było jeszcze daleko, toteż byłaś, Matko ukochana, bardzo zdumiona tą przedwczesną prośbą i widocznie z natchnienia Bożego odpowiedziałaś, że karmelitanka winna zbawiać dusze nie przez listy, ale modlitwą.

Dowiedziawszy się o twojej decyzji, ja z kolei przekonałam się, że tego chce Jezus i powiedziałam do S. Marii od Trójcy Św.: "Weźmy się zatem do dzieła i módlmy się wiele! Jaka to będzie radość, jeżeli do końca postu zostaniemy wysłuchane!... O! jak nieskończone jest miłosierdzie Pana, który zechciał wysłuchać modlitwy swych dzieci... Pod koniec postu jedna dusza więcej poświęciła się Jezusowi. Był to prawdziwy cud łaski, cud wyproszony gorliwością pokornej nowicjuszki!

Jakże więc wielka jest potęga Modlitwy! Można by rzec, że to królowa, która ma w każdej chwili wolny przystęp do króla i może otrzymać wszystko, o co prosi. Aby zostać wysłuchanym, nie trzeba koniecznie odczytywać z książki pięknej formułki, ułożonej na daną okoliczność; gdyby tak było... niestety! jakże byłabym godna pożałowania!... Poza Oficjum Pańskim, które odmawiać jestem tak bardzo niegodna, nie mam odwagi zmuszać się do wyszukiwania pięknych modlitw w książkach; od tego aż głowa mnie boli, tak ich jest dużo... a poza tym wszystkie są bardzo piękne, jedna ładniejsza od drugiej... Nie zdołam odmawiać wszystkich, a nie wiedząc, którą z nich wybrać, postępuję jak dzieci nie umiejące czytać: mówię Panu Bogu po prostu, co chcę Mu powiedzieć, nie siląc się na piękne zdania, a On mnie zawsze zrozumie... Dla mnie modlitwa jest wzniesieniem serca, prostym wejrzeniem ku Niebu, okrzykiem wdzięczności i miłości zarówno w cierpieniu jak i w radości; na koniec jest to coś wielkiego, nadprzyrodzonego, co rozszerza mą duszę i jednoczy mnie z Jezusem.

Nie chciałabym jednak, moja ukochana Matko, byś sądziła, że wspólne modlitwy w chórze albo w ermitażu odmawiam bez nabożeństwa. Przeciwnie, bardzo kocham wspólne modlitwy, bo Jezus obiecał być pośród tych, którzy się zbierają w imię Jego (15); czuję wtedy, że żarliwość mych sióstr dopełnia moją; gdy jednak zostaję sama (wstydzę się to wyznać) odmawianie różańca kosztuje mnie więcej, niż używanie narzędzi pokutnych... Czuję, że tak źle go odmawiam! Muszę zadawać sobie gwałt, by rozmyślać o tajemnicach różańcowych; nie mogę skupić myśli... Długi czas smuciłam się tym brakiem pobożności, który mnie zadziwiał, bo tak bardzo kocham Najświętszą Pannę, że powinnam z łatwością odmawiać ku Jej czci modlitwy, tak Jej miłe. Teraz już mniej się martwię; myślę, że skoro Królowa Nieba jest moją MATKĄ, jest zadowolona, widząc moją dobrą wolę.

Nieraz, kiedy mój umysł pogrążony jest w tak wielkiej oschłości, że niemożliwością staje się dla mnie wydobycie z niego choćby jednej myśli jednoczącej mnie z Bogiem, odmawiam bardzo powoli "Ojcze Nasz", a potem pozdrowienie anielskie; wówczas te modlitwy porywają mnie i karmią mą duszę o wiele lepiej, niż gdybym odmówiła je setki razy, ale z pośpiechem!...

Najświętsza Panna okazuje mi, że nie jest na mnie zagniewana; nie omieszka opiekować się mną, ilekroć Jej wzywam. Kiedy ogarnia mnie niepokój, zamieszanie, natychmiast zwracam się do Niej i zawsze zaopiekuje się mymi sprawami jak najczulsza Matka. Ileż to razy przychodzi mi Ją wzywać podczas rozmowy z nowicjuszkami i mam możność odczuć błogosławieństwo Jej macierzyńskiej opieki!...

Nowicjuszki mówią mi często: "Ze też siostra ma zawsze na wszystko gotową odpowiedź, myślałam, że tym razem wprowadzę siostrę w zakłopotanie... Skąd siostra czerpie te odpowiedzi?" Są one na tyle prostoduszne, by wierzyć, że czytam w ich duszy, ponieważ nieraz zdarzyło mi się uprzedzić je i powiedzieć im, co myślą. Pewnej nocy jedna z mych towarzyszek (16) postanowiła ukryć przede mną troskę, która sprawiała jej wiele cierpienia. Spotkałam ją rano; kiedy odezwała się do mnie z uśmiechem, wówczas - nie odpowiadając na to, co mi mówiła - powiedziałam przekonywającym tonem: "Siostra ma zmartwienie". Gdyby za moją sprawą księżyc spadł pod jej nogi, nie mogłaby spojrzeć na mnie z większym zdziwieniem. Jej zdumienie było tak wielkie, że i mnie się udzieliło, i na chwilę ogarnął mnie lęk przed czymś nadprzyrodzonym. Byłam pewna, że nie mam daru czytania w duszach i dlatego tak się zdziwiłam, że moje powiedzenie okazało się słuszne. Doskonale czułam, że Dobry Bóg jest tuż blisko, że - nie zdając sobie z tego sprawy - powiedziałam jak dziecko słowa, która nie pochodziły ode mnie, ale od Niego.

Matko moja ukochana, wiesz, że nowicjuszkom wszystko jest dozwolone; trzeba, żeby mogły powiedzieć wszystko, co myślą, bez żadnych ograniczeń, tak dobre jak i złe. Jest to dla nich o tyle łatwiejsze, że wobec mnie nie powstrzymuje ich szacunek należny mistrzyni. Nie mogę powiedzieć, by Jezus prowadził mnie zewnętrznie drogą upokorzeń; poprzestaje On na upokarzaniu mnie w głębi mej duszy; w oczach stworzeń wszystko mi się udaje, idę drogą zaszczytów, o tyle, o ile jest to możliwe w zakonie. Rozumiem, że nie dla mego pożytku, ale dla innych, trzeba mi kroczyć drogą tak niebezpieczną. Istotnie, gdybym w oczach zgromadzenia uchodziła za zakonnicę pełną wad, niezdolną, pozbawioną inteligencji i rozsądku, niemożliwością byłoby, moja Matko, byś mogła mieć ze mnie pomoc. Oto dlaczego Dobry Bóg rzucił zasłonę na wszystkie moje braki zewnętrzne i wewnętrzne. Ta zasłona sprawia, że niekiedy otrzymuję pochwały ze strony nowicjuszek; wiem jednak dobrze, że nie robią tego z pochlebstwa, że jest to wyraz ich naiwnego uczucia; ale doprawdy nie wbija mnie to w pychę, mam bowiem ciągle świadomość, czym jestem. Czasem jednak bardzo pragnę usłyszeć coś innego niż pochwały. Wiesz o tym, Matko ukochana, że przekładam ocet nad cukier, ponadto moja dusza nuży się pokarmem zbyt słodkim; toteż Jezus pozwala, by mi podano sałatkę dobrze polaną octem, mocno przyprawioną korzeniami, niczego jej nie brakuje, prócz oliwy, co jeszcze dodaje jej smaku... Tę dobrą sałatkę podają mi nowicjuszki w chwili najbardziej nieoczekiwanej. Pan Bóg uchyla zasłonę kryjącą moje niedoskonałości, więc drogie siostrzyczki spostrzegłszy, jaką jestem naprawdę, konstatują, że moje postępowanie przestało im się podobać. Z prostotą, która mnie zachwyca, opowiadają, jakie walki przechodzą z mego powodu, co im się we mnie nie podoba; czynią to wreszcie bez najmniejszego zakłopotania, jakby chodziło o kogoś innego, wiedzą bowiem, że takim postępowaniem sprawiają mi największą przyjemność. Ach! Doprawdy, to więcej niż przyjemność, to rozkoszna biesiada, napełniająca duszę radością. Nie pojmuję, jak rzecz tak niemiła dla natury może dawać tyle szczęścia; gdybym tego nie doświadczyła, nie potrafiłabym uwierzyć... Pewnego dnia, kiedy w sposób szczególny pragnęłam być upokorzoną, nadeszła jedna z nowicjuszek i tak dobrze zatroszczyła się, by mnie w tym zadowolić, że natychmiast przyszedł mi na myśl Semej złorzeczący Dawidowi (17), i powiedziałam sobie: Tak, to na pewno Pan rozkazał jej, by powiedziała mi to wszystko... I moja dusza z rozkoszą przyjmowała ten gorzki pokarm, którego dostarczono jej obficie.

W taki to sposób Pan Bóg raczy starać się o mnie. Nie zawsze może podawać mi wzmacniający chleb zewnętrznego upokorzenia, ale od czasu do czasu pozwala mi żywić się okruchami, które spadają ze stołu DZIECI (18). o! jakże wielkie jest Jego miłosierdzie; będę je mogła wyśpiewać dopiero w Niebie...

Matko ukochana, skoro już na ziemi zaczęłam z Tobą opiewać to nieskończone miłosierdzie, powinnam wspomnieć o jeszcze jednej wielkiej korzyści, jaką odnoszę z powierzonej mi przez Ciebie misji. Otóż dawniej, gdy coś nie podobało mi się w postępowaniu którejś z sióstr i wydawało mi się przeciwne regule, mówiłam sobie: O! gdybym mogła jej powiedzieć, co o tym myślę, wykazać jej, że błądzi, jakąż by mi to przyniosło ulgę. Odkąd stało się to poniekąd moim zawodem, zapewniam Cię, moja Matko, że zupełnie zmieniłam zdanie. Teraz, kiedy zobaczę, że któraś z sióstr czyni coś, co wydaje mi się niedoskonałym, mówię sobie z uczuciem ulgi: Co za szczęście, że to nie nowicjuszka; nie mam obowiązku jej upominać. I staram się natychmiast wytłumaczyć siostrę przypisując jej dobrą intencję, którą niewątpliwie miała! Ach! moja Matko, odkąd jestem chora, twoje starania o mnie jeszcze lepiej pouczyły mnie, czym jest miłość bliźniego. Żadne lekarstwo nie wydaje Ci się zbyt drogie, a jeśli nie jest skuteczne, nie zniechęcasz się, ale próbujesz czego innego. Jakąż troską otaczasz mnie, kiedy przychodzę na rekreację, jak starasz się, bym miała dobre miejsce, zabezpieczone od przeciągu! Wreszcie, gdybym chciała wszystko powiedzieć, nie skończyłabym nigdy.

Rozważając to wszystko, doszłam do przekonania, że powinnam być równie współczująca wobec duchowych słabości moich sióstr, jak Ty, moja droga Matko, gdy z taką miłością mnie pielęgnujesz.

Zauważyłam (i jest to zupełnie naturalne), że im któraś z sióstr jest bardziej święta, tym więcej jest kochana; że szuka się sposobności do rozmowy z nią, oddaje się jej przysługi, o które nawet nie prosiła, jednym słowem, dusze zdolne do znoszenia braku względów i delikatności otacza powszechna miłość. Można by do nich zastosować te słowa naszego Ojca, św. Jana od Krzyża: "Wszystkie dobra zostały mi dane, odkąd nie poszukiwałem ich dla zadowolenia miłości własnej" (19).

Z duszami niedoskonałymi jest przeciwnie, ich towarzystwa nikt nie poszukuje; wprawdzie zachowuje się wobec nich normy zakonnej grzeczności, ale unika się ich towarzystwa, być może z obawy, by nie powiedzieć im jakichś niemiłych słów. - Mówiąc o duszach niedoskonałych, nie mam na myśli jedynie ich niedoskonałości duchowych, ponieważ nawet najbardziej święte osiągną doskonałość dopiero w Niebie; chodzi mi tu o brak rozsądku, wychowania, drażliwość właściwą niektórym usposobieniom, czyli te wszystkie rzeczy, które bynajmniej nie umilają życia. Wiem, że te ułomności moralne są chroniczne i nie ma nadziei na uleczenie z nich, ale równocześnie wiem dobrze, że moja Matka nie przestanie mnie pielęgnować i starać się o sprawienie mi ulgi, choćby mi przyszło chorować całe życie. Wyciągam stąd taki oto wniosek: powinnam w czasie rekreacji czy też rozmów, na które jest pozwolenie, poszukiwać towarzystwa sióstr najmniej mi miłych i wobec tych dusz zranionych pełnić rolę dobrego Samarytanina. Jedno słowo, jeden miły uśmiech wystarczą, by rozweselić duszę smutną; jednak absolutnie nie w tym celu chcę praktykować miłość bliźniego, zniechęciłabym się bowiem bardzo szybko; słowo wypowiedziane w najlepszej intencji może być zupełnie przeciwnie zinterpretowane. Toteż, by nie narazić się na stratę czasu, chcę być przyjemna dla wszystkich (a szczególnie dla sióstr, które są mniej miłe) w tym celu, by rozradować Jezusa i wypełnić radę, którą dał w Ewangelii w tych oto mniej więcej słowach: "Kiedy urządzasz ucztę, nie zapraszaj swych krewnych ani przyjaciół, z obawy, by oni z kolei nie zaprosili ciebie i byś w ten sposób nie otrzymał swojej zapłaty; ale zapraszaj ubogich, chromych, paralityków, a będziesz szczęśliwy, bo oni nie będą mogli odwdzięczyć ci się (20), a Ojciec twój, który widzi w skrytości, nagrodzi cię" (21).

Jakąż ucztę może sprawić karmelitanka swoim siostrom, jeśli nie ucztę duchową, złożoną z miłości wdzięcznej i radosnej? Innej uczty nie znam i chcę naśladować św. Pawła, który weselił się z weselącymi (22). Prawda, że i płakał z płaczącymi, toteż na uczcie, którą chcę wyprawić, winny pojawić się i łzy; zawsze jednak starać się będę, by w końcu fzy te zamieniły się w radość (23), ponieważ Pan miłuje tych, którzy dają z radością (24).

Przypominam sobie pewien akt miłości bliźniego, do którego Dobry Bóg dał mi natchnienie, kiedy byłam jeszcze nowicjuszką. Był to drobiazg, mimo to nasz Ojciec, który widzi w skrytości, który bardziej zwraca uwagę na intencję niż na wielkość uczynku, nagrodził mnie już tutaj, nie czekając na życie przyszłe. Było to w okresie, gdy S. od św. Piotra przychodziła jeszcze do chóru i do refektarza. Podczas modlitwy wieczornej (25) jej miejsce było przede mną; 10 minut przed szóstą, któraś z sióstr winna była zaprowadzić ją do refektarza, ponieważ infirmerki miały za dużo chorych, aby mogły przyjść po nią. Wiele mnie kosztowało ofiarować się jej do spełniania tej małej przysługi, wiedziałam bowiem, że nie łatwo było zadowolić biedną siostrę od św. Piotra, która bardzo cierpiąc, nie lubiła zmiany prowadzącej ją siostry. Tymczasem nie chciałam stracić tak pięknej okazji spełnienia aktu miłości bliźniego, mając w pamięci to, co powiedział Jezus: "Co uczyniliście najmniejszemu z moich, mnieście uczynili" (26). Zgłosiłam się więc bardzo pokornie do prowadzenia jej: nie bez trudu jednak przyszło mi uzyskać jej zgodę! Wreszcie zabrałam się do dzieła i okazałam tyle dobrej woli, że powiodło mi się doskonale.

Każdego wieczoru, gdy tylko spostrzegłam, że moja S. od św. Piotra potrząsa klepsydrą, wiedziałam, że chce mi przez to powiedzieć: ruszamy w drogę! Nie do uwierzenia, ile mnie kosztowało ruszyć się z miejsca, zwłaszcza na początku, jednak czyniłam to natychmiast, po czym rozpoczynała się cała ceremonia. Należało ją podnieść i przesunąć ławkę w pewien określony sposób, przede wszystkim niezbyt pospiesznie, w końcu ruszałyśmy w drogę. Trzeba było iść za biedną chorą podtrzymując ją za pasek: robiłam to jak tylko mogłam najostrożniej; jeżeli jednak, na nieszczęście, potknęła się, zaraz zdawało się jej, że trzymam ją źle, że upadnie. - "O mój Boże! siostra idzie za szybko, siostra mnie porozbija". Jeżeli próbowałam iść jeszcze ostrożniej - "Ależ niech mnie siostra trzyma, nie czuję twej ręki, puści mnie siostra, upadnę; ach! miałam rację mówiąc, że jest siostra za młoda, by mnie prowadzić". W końcu bez dalszych przygód docierałyśmy do refektarza. Tam powstawały nowe trudności; trzeba było posadzić S. od św. Piotra tak zręcznie, by jej nie urazić, następnie należało zawinąć jej rękawy (także w pewien określony sposób); potem byłam wolna i mogłam się oddalić. Swymi biednymi, zniekształconymi rękami przygotowywała sobie, jak umiała, chleb na miseczce. Wkrótce to spostrzegłam i każdego wieczoru, zanim odeszłam, oddawałam jej jeszcze i tę przysługę. Ponieważ nie prosiła mnie o to, była wzruszona, że sama zauważyłam. I tak to niechcący zyskałam wkrótce jej łaski, przede wszystkim tym (jak się później dowiedziałam), że ukroiwszy jej chleb, darzyłam ją przed odejściem moim najpiękniejszym uśmiechem.

Matko ukochana, może Cię to zdziwi, że opisuję ten mały akt miłości, dawno spełniony. Czynię to jedynie dlatego, ponieważ czuję, że dzięki niemu winnam opiewać zmiłowania Pana, który zostawił mi pamięć o tym niby wonne tchnienie, zachęcające mnie do praktykowania miłości. Nieraz przypominam sobie różne szczegóły, które są dla mojej duszy jakby wiosennym powiewem. A oto jeden z nich, który szczególnie pamiętam: Pewnego wieczoru spełniałam jak co dzień swoją drobną powinność; było zimno, panowała noc... nagle usłyszałam z oddali harmonijny dźwięk instrumentów muzycznych; stanął mi przed oczyma salon rzęsiście oświetlony, lśniący od złoceń; elegancko ubrane młode dziewczęta, prawiące sobie nawzajem komplementy i światowe grzeczności. Wzrok mój przeniósł się następnie na biedną chorą, którą podtrzymywałam; zamiast melodii dochodziły od czasu do czasu do moich uszu jej żałosne skargi; zamiast złoceń widziałam cegły naszej surowej klauzury, zaledwie rozjaśnione słabym płomykiem lampki. Nie jestem w stanie wyrazić, co działo się w mojej duszy; to tylko wiem, iż Pan rozjaśnił ją promieniami prawdy, tak dalece przewyższającymi posępny blask ziemskich uciech, że nie mogłam uwierzyć memu szczęściu... Ach! nie oddałabym dziesięciu minut pełnienia mego pokornego uczynku miłości za tysiąc lat radowania się ziemskimi uciechami... Jeżeli już teraz, pośród cierpienia i walki, na samą myśl, że Bóg wyrwał nas ze świata, przeżywamy chwile szczęścia przerastającego wszystkie ziemskie radości, to co dopiero będzie w Niebie, kiedy wśród wiecznych radości j wiecznego pokoju poznamy, jak niewypowiedzianą łaskę Par nam wyświadczył wybierając nas, byśmy zamieszkały w Jego domu (27), prawdziwym przedsionku Nieba?...

Nie zawsze z takim rozradowaniem praktykowałam miłość bliźniego, na początku jednak mego zakonnego życia Jezus dał mi odczuć, jak słodko jest widzieć Go w duszach Jego oblubienic; toteż prowadziłam S. od św. Piotra z taką miłością, że nie byłabym w stanie zrobić tego lepiej, gdyby mi przyszło prowadzi; samego Jezusa. Praktykowanie miłości bliźniego - jak Ci o tym, droga Matko, dopiero co wspomniałam - nie zawsze przychodziło mi łatwo; na dowód tego opowiem Ci o różnych zmaganiach, z których będziesz się śmiała. Przez długi czas podczas wieczornego rozmyślania zajmowałam miejsce (28) przed siostrą, która miała zabawne przyzwyczajenie, a jak sądzę... również wiele światła, ponieważ bardzo rzadko posługiwała się książką. Oto co spostrzegłam: Siostra ta, gdy tylko weszła, natychmiast zaczynała robić dziwny szmer, jakby ocierała wzajemnie dwie muszelki. Tylko ja jedna zwróciłam na to uwagę, bo słuch mam nadzwyczaj ostry (nieraz aż za bardzo). Nie jestem w stanie wyrazić, moja Matko, jak mnie ten nieznaczny hałas męczył. Miałam wielką ochotę odwrócić głowę i spojrzeć na winną, która na pewno nie zdawała sobie sprawy ze swego nawyku; nie było innego sposobu, by jej to uświadomić. W głębi serca czułam jednak, że lepiej będzie znieść to z miłości ku Bogu i nie robić przykrości siostrze. Trwałam więc spokojnie, usiłując jednoczyć się z Panem Bogiem i zapomnieć o cichym szmerze... wszystko na darmo. Czułam, że pot mnie oblewa i byłam zmuszona odprawiać jedynie modlitwę polegającą na znoszeniu tego cierpienia; pogrążona w udręce szukałam jednak sposobu, by czynić to bez irytacji, ale z radością i pokojem, przynajmniej wewnątrz duszy. Starałam się więc pokochać ten drażniący szelest i zamiast czynić wysiłki, by go nie słyszeć (co było rzeczą niemożliwą), słuchałam go z pełną uwagą, jakby to był zachwycający koncert, i całe moje rozmyślanie (a nie była to bynajmniej modlitwa odpocznienia) upływało na ofiarowywaniu Jezusowi tego koncertu.

Innym razem znalazłam się w pralni naprzeciw siostry, która, ilekroć podnosiła chustki na swojej ławce, opryskiwała mi twarz brudną wodą. Zrazu odruchowo chciałam się cofnąć i otrzeć twarz, a tym samym zwrócić uwagę siostrze, która mnie kropiła, najspokojniej w świecie oddając mi tę przysługę. Zaraz jednak przyszło mi na myśl, że postąpiłabym bardzo niemądrze, gdybym odrzuciła skarby, tak wspaniałomyślnie mi ofiarowane i bardzo uważałam, by nie dać poznać po sobie wewnętrznych zmagań. Usiłowałam obudzić w sobie pragnienie, by mnie jak najobficiej oblewano brudną wodą, i doszłam do tego, że w końcu rzeczywiście polubiłam ten nowy rodzaj pokropienia i przyrzekłam sobie, że na drugi raz wrócę na to uprzywilejowane miejsce, gdzie można otrzymać tyle skarbów.

Widzisz więc, Matko ukochana, że jestem maleńką duszą, która może ofiarować Panu Bogu tylko maleńkie rzeczy, i to jeszcze często mi się zdarza pominąć okazje do tych małych ofiar, które dają duszy tyle pokoju; nie zniechęcam się tym jednak, godzę się posiadać nieco mniej pokoju i staram się być na przyszłość uważniejsza.

Ach! Pan jest dla mnie tak dobry, że obawa przed Nim wydaje mi się rzeczą niemożliwą; obdarzał mnie zawsze tym, czego pragnęłam, a raczej dawał mi pragnienie tego, czym chciał mnie obdarzyć. I tak, na krótko przed początkiem moich pokus przeciw wierze mówiłam sobie: doprawdy, nie mam wielkich cierpień zewnętrznych, żebym zaś mogła doznać wewnętrznych, musiałby chyba Pan Bóg odmienić drogę, którą mnie prowadzi; jednak nie sądzę, by zechciał to uczynić. Niemniej jest rzeczą niemożliwą, bym mogła żyć stale w takim pokoju. W jaki więc sposób Jezus mnie wypróbuje? Odpowiedź nie dała na siebie długo czekać i okazała, że Temu, którego kocham, nie brakuje środków; nie zmieniając mej drogi, zesłał mi doświadczenie, które wnosi przymieszkę zbawiennej goryczy do wszystkich mych radości. Jezus daje mi przeczucie i pragnienie nie tylko doświadczeń, które mi zesłać zamierza. Od bardzo dawna żywiłam pragnienie niemożliwe - jak mi się zdawało - do spełnienia, a mianowicie, by mieć brata kapłana. Myślałam często, że gdyby moi braciszkowie nie ulecieli do Nieba, miałabym zapewne szczęście widzieć ich przystępujących do ołtarza; lecz skoro Pan Bóg przeznaczył ich na małe aniołki, nie mogę się już spodziewać, by się ziściło moje marzenie. Tymczasem Jezus nie tylko wyświadczył mi łaskę, której pragnęłam, ale połączył mnie więzami duchowymi z dwoma swymi apostołami, którzy stali się mymi braćmi... Chcę Ci, Matko ukochana, opowiedzieć szczegółowo, jak Jezus nie tylko spełnił moje pragnienie, ale przewyższył je, ponieważ pragnęłam mieć tylko jednego brata kapłana, który by każdego dnia pamiętał o mnie przy ołtarzu.

Mego pierwszego braciszka (29) przysłała mi nasza św. Matka Teresa, jako upominek imieninowy w 1895 r. Znajdowałam się w pralni i byłam bardzo zajęta moją pracą, kiedy Matka Agnieszka od Jezusa odwoławszy mnie na bok dała mi do przeczytania list, który otrzymała. Młody seminarzysta, inspirowany - jak twierdził - przez św. Teresę, prosił o siostrę, która by poświęciła się specjalnie za zbawienie jego duszy, a kiedy zostanie misjonarzem, wspomagała go modlitwami i ofiarami, by mógł dopomóc do zbawienia wielu duszom. Obiecywał, że kiedy będzie już mógł odprawiać Mszę św. nie zapomni o tej, która stała się jego siostrą. Matka Agnieszka wyraziła swoją wolę, abym ja stała się siostrą przyszłego misjonarza.

Matko moja, nie jestem w stanie wypowiedzieć mego szczęścia; spełnienie pragnienia w sposób tak nieoczekiwany zrodziło w mym sercu radość, którą nazwałabym dziecięcą, bo musiałabym wrócić do dni mego dzieciństwa, by odnaleźć wspomnienie radości tak żywych, że dusza nie jest ich zdolna pomieścić. Od lat nie przeżywałam podobnego szczęścia. Miałam uczucie, jakby coś nowego zrodziło się w mojej duszy, jakby po raz pierwszy dotknięto strun, pozostających dotąd w zapomnieniu.

Zdawałam sobie sprawę z przyjętych zobowiązań, toteż wzięłam się natychmiast do dzieła, podwajając moją gorliwość. Trzeba przyznać, że z początku nie miałam pociech, które by potęgowały mój zapał; mój braciszek, po napisaniu pięknego, pełnego serca i szlachetnych uczuć listu z podziękowaniem do matki Agnieszki, nie dawał znaku życia aż do lipca następnego roku, wyjąwszy przysłaną w listopadzie kartkę z zawiadomieniem, że idzie do wojska. Dla Ciebie, moja ukochana Matko, zachował Pan Bóg dopełnienie zaczętego dzieła. Nie ulega wątpliwości, ze przeje wszystkim modlitwą i ofiarą przynosi się pomoc misjonarzom, ale niekiedy, jeśli spodoba się Jezusowi złączyć dla swej chwały dwie dusze, mogą one od czasu do czasu wymieniać swoje myśli i w ten sposób pobudzać się do coraz gorętszej miłości Boga. Do tego jednak trzeba wyraźnej woli przełożonych; sądzę bowiem, że w przeciwnym razie korespondencja wyrządziłaby więcej szkody niż dobra, jeżeli nie misjonarzowi, to przynajmniej karmelitance, która ze względu na swój tryb życia, jest zawsze skłonna do zajmowania się sobą. Uproszona przez nią wymiana listów (nawet rzadka) zamiast łączyć ją z Panem Bogiem, będzie zajmować jej umysł; wyobrażając sobie, że wznosi góry i czyni cuda, nie dokona nic z tego, co zamierzała, a pod pozorem gorliwości narazi się jedynie na niepotrzebne rozproszenie. Osobiście jestem przekonana, że zarówno w tym wypadku jak i we wszystkich innych, korzyść przyniosą tylko te listy, które są pisane z posłuszeństwa, we mnie zaś ich pisanie winno wzbudzać raczej opory niż przyjemność. Podobnie, gdy rozmawiam z nowicjuszką, staram się czynić to z osobistym umartwieniem; unikam stawiania jej pytań, które by zaspokajały jedynie moją ciekawość; jeśli zacznie opowiadać coś ciekawego, a potem nie kończąc zmieni temat mówiąc o czymś, co mnie nudzi, wystrzegam się bardzo, by jej nie przypomnieć tematu rozmowy, który porzuciła; zdaje mi się bowiem, że szukając siebie, niczego dobrego nie dokonam.

Matko ukochana, widzę, że się nigdy nie poprawię; oto wdając się w te rozprawy, odeszłam znowu bardzo daleko od mego przedmiotu; wybacz mi, proszę, i pozwól, że znowu zrobię to przy najbliższej okazji, bo inaczej nie potrafię!... Postępujesz jak Pan Bóg, który nie nuży się słuchając mnie, kiedy z prostotą mówię Mu o moich zmartwieniach i radościach, jak gdyby o nich nie wiedział... Ty również, moja Matko, od dawna wiesz, co myślę i znasz wszystkie zdarzenia mego życia, które zasługują na pamięć; niczego nowego nie powiem. Nie mogę powstrzymać się od uśmiechu myśląc, że opisuję Ci dokładnie te wszystkie rzeczy, które znasz równie dobrze jak ja. Ostatecznie, Matko droga, czynię to z posłuszeństwa wobec Ciebie i jeśli obecnie czytanie tych stron nic Ci nie da, może choć na stare lata znajdziesz w nich rozrywkę, a potem posłużą za podpałkę, i tak oto czas mój nie będzie stracony. Lecz bawię się mówiąc jak dziecko... Nie sądź, moja Matko, że zastanawiam się, jaki użytek może mieć moja biedna praca; spełniam ją z posłuszeństwa - to mi wystarczy, i nie sprawi mi to żadnej przykrości, jeśli bez przeczytania spalisz ją na moich oczach.

Czas już, bym podjęła opowiadanie o mych braciach, zajmujących obecnie tak wiele miejsca w moim życiu. Pamiętam, że któregoś dnia, pod koniec maja ubiegłego roku (30), zawołałaś mnie przed udaniem się do refektarza. Z bijącym sercem weszłam do Ciebie, droga Matko, pytając się siebie, co też masz mi do powiedzenia, ponieważ po raz pierwszy wzywałaś mnie w ten sposób. Kazałaś mi usiąść, po czym uczyniłaś mi taką propozycję: "Czy chce siostra zatroszczyć się o duchowe potrzeby misjonarza, który wkrótce ma być wyświęcony na kapłana i niedługo potem odjechać?" (31) Następnie, moja Matko, odczytałaś mi list tego młodego Ojca, abym dobrze wiedziała, o co on prosi. Pierwszym moim uczuciem była radość, która natychmiast ustąpiła miejsca obawie. Tłumaczyłam Ci, ukochana Matko, że ofiarowałam już moje liche zasługi za przyszłego misjonarza, toteż nie sądzę, bym mogła coś jeszcze uczynić w intencjach drugiego; a zresztą jest wiele sióstr lepszych ode mnie, które mogą odpowiedzieć na jego pragnienie. Wszystkie moje zastrzeżenia okazały się bezskuteczne; odpowiedziałaś mi, że mogę mieć więcej braci. Wówczas zapytałam Cię, czy posłuszeństwo może podwoić moje zasługi. Odpowiedziałaś twierdząco, mówiąc mi wiele rzeczy, które mnie ostatecznie przekonały, że trzeba będzie bez skrupułów przyjąć nowego brata. W głębi duszy, moja Matko, podzielałam Twoje przekonanie, a ponieważ "gorliwość karmelitanki powinna obejmować cały świat" (32), ufałam, że dzięki łasce Bożej będę pożyteczna więcej niż dwom misjonarzom, a równocześnie nie zapomnę modlić się za wszystkich, nie wyłączając zwykłych księży, których posłannictwo jest równie trudne, jak misja apostołów pracujących nad nawracaniem niewiernych. Wreszcie, chcę być córką Kościoła (33), jak była nią nasza św. Matka Teresa, i modlić się w intencjach naszego Ojca św., wiedząc, że jego intencje obejmują cały świat. To jest cel główny mego życia; nie przeszkadzałby mi on jednak modlić się za mych drogich aniołków i w sposób szczególny łączyć się z ich dziełami, gdyby zostali kapłanami. A więc w taki oto sposób jestem duchowo złączona z apostołami, których Jezus dał mi za braci: cokolwiek do mnie należy, jest własnością każdego z nich; doskonale wiem, że dobry Bóg jest zbyt dobry, by dzielić. Jest On tak bogaty, że daje bez miary wszystko, o cokolwiek Go proszę... Nie myśl jednak, droga Matko, że gubię się w długich wyliczaniach.

Odkąd mam dwóch braci i moje siostrzyczki nowicjuszki, dni byłyby za krótkie, gdybym chciała prosić dla każdej duszy o to, co jest jej konieczne. Mimo to miałabym jeszcze wielką obawę, czy nie zapomnę o czymś ważnym. Dusze proste nie potrzebują skomplikowanych środków; ponieważ do nich należę, Jezus poddał mi w czasie rannego dziękczynienia prosty sposób wypełnienia tego zadania; pozwolił mi zrozumieć te słowa Pieśni nad pieśniami: "POCIĄGNIJ MNIE! POBIEGNIEMY do wonności olejków twoich" (34). O Jezu, nie ma zatem potrzeby mówić: "Pociągając mnie, pociągnij także te dusze, które kocham!" Wystarczy to proste słowo: "Pociągnij mnie". O Panie, pojmuję, że skoro dusza da się zniewolić upajającą wonnością Twoich olejków, nie pobiegnie sama, ale pociągnie za sobą wszystkie dusze, które kocha; dzieje się to bez przymusu, bez wysiłku, jest naturalną konsekwencją jej dążenia do Ciebie. Jak strumień wpadający gwałtownie do oceanu unosi z sobą wszystko, co spotyka na swej drodze, podobnie, o mój Jezu, i dusza, która zanurza się w bezbrzeżnym oceanie Twej miłości, pociąga za sobą swoje skarby... Panie, Ty wiesz, że nie posiadam innych skarbów poza duszami, które spodobało Ci się w szczególny sposób połączyć z moją; te skarby Ty sam mi powierzyłeś, toteż ośmielam się zapożyczyć Twoich własnych słów, które skierowałeś do Ojca Niebieskiego ostatniego wieczoru Twego tułaczego i śmiertelnego życia na naszej ziemi. O Jezu mój Ukochany, nie wiem, kiedy skończy się moje wygnanie... może niejeden jeszcze wieczór trzeba mi będzie tutaj śpiewać Twoje miłosierdzie, lecz w końcu i dla mnie nadejdzie ostatni wieczór; wtedy, o mój Boże, chciałabym móc Ci powiedzieć: "Jam Ciebie wsławiła na ziemi; dokonałam dzieła, któreś mi zlecił; objawiłam imię Twoje tym, których mi dałeś: Twoimi byli i mnie ich dałeś. Teraz poznali, że wszystko, cokolwiek mi dałeś, od Ciebie pochodzi; bo przekazałam im słowa, które mi dałeś, oni przyjęli je i uwierzyli, żeś Ty mnie posłał. Za tymi proszę, których mi dałeś, bo Twoimi są. Ja już nie jestem na świecie; za nimi proszę, bo oni są tutaj a ja wracam do Ciebie. Ojcze Święty, zachowaj w imię Twoje tych, których mi dałeś. Ja teraz idę do Ciebie, i dlatego mówię to póki jestem na świecie, by radość, którą mi dałeś, była w nich doskonała. Nie proszę, byś ich zabrał ze świata, ale żebyś ich zachował od złego. Jak oni nie są wcale ze świata, tym bardziej ja nie jestem ze świata. Nie tylko za nimi proszę, ale także za tymi, którzy dla słowa ich uwierzą w Ciebie.

Ojcze, chcę, ażeby ci, których mi dałeś, byli ze mną tam, gdzie ja będę, i żeby świat poznał, że umiłowałeś ich tak, jakoś i mnie umiłował" (35).

Oto Panie, co pragnę powtarzać za Tobą, zanim ulecę w Twoje ramiona. Czy może jest to zuchwalstwem? Ależ nie, wszak od dawna pozwoliłeś mi być śmiałą wobec Ciebie. Jak ojciec syna marnotrawnego powiedział do swego pierworodnego, tak Ty rzekłeś do mnie: "WSZYSTKO moje do ciebie należy" (36). Moimi są zatem Twoje słowa, o Jezu, i mogę posługiwać się nimi, by sprowadzać na dusze złączone ze mną łaski Ojca Niebieskiego. Lecz mówiąc, 'Panie, że pragnę, aby ci, których mi dałeś, byli ze mną tam, gdzie ja będę, nie twierdzę, jakoby nie mogli oni dojść do chwały znacznie wyższej niż ta, której zechcesz mnie udzielić, ale po prostu chcę Cię prosić, byśmy kiedyś wszyscy złączyli się w Twym pięknym Niebie. Ty wiesz, mój Boże, że zawsze moim pragnieniem było Ciebie jedynie miłować, że innej chwały nie szukam. Miłość Twoja uprzedziła mnie od dzieciństwa, wzrastała wraz ze mną, a teraz jest przepaścią, której głębokości zmierzyć nie zdołam. Miłość przyciąga miłość, toteż, mój Jezu, moja wzlatuje ku Tobie; chciałaby wypełnić przepaść, która ją przyciąga, ale niestety! nie jest to nawet kropla rosy zagubiona w oceanie!... By kochać Ciebie tak, jak Ty mnie miłujesz, trzeba mi zapożyczyć Twojej własnej miłości; jedynie wtedy znajdę ukojenie. O mój Jezu, być może, iż się łudzę, ale zdaje mi się, że żadnej duszy nie mógłbyś napełnić miłością przerastającą tę, którą mnie napełniłeś; oto dlaczego mam śmiałość prosić Cię, byś umiłował tych, których mi dałeś, jako i mnie miłujesz (37). Jeśli kiedyś w Niebie odkryję, że kochałeś kogoś więcej niż mnie, będę się radować, już dziś bowiem widzę, że te dusze bardziej niż ja zasłużyły na Twoją miłość; niemniej tu na ziemi nie jestem w stanie pojąć większego bezmiaru miłości niż ten, jakim spodobało Ci się mnie obdarzyć za darmo, bez żadnej zasługi z mej strony.

Ale wracając do Ciebie, droga Matko, jestem ogromnie zdziwiona tym, co napisałam, nie było to bowiem moim zamiarem; skoro już jednak napisałam, niech zostanie. Zanim powrócę do historii mych braci, chcę Ci powiedzieć, moja Matko, że nie do nich, ale do mych siostrzyczek stosuję pierwsze słowa zapożyczone z Ewangelii: "słowa, które Ty mi dałeś, przekazałam im" (38), itd.; nie roszczę sobie bowiem prawa do pouczania misjonarzy, nie jestem, na szczęście, na tyle zarozumiała, by tak sądzić! Nie byłabym również zdolną do udzielania jakichkolwiek rad moim siostrom, gdybyś Ty, moja Matko, która wobec mnie zastępujesz Pana Boga, nie przekazała mi łaski potrzebnej do tego.

Przeciwnie, z myślą o twoich drogich synach duchowych, którzy są moimi braćmi, pisałam te oto i następujące po nich słowa Jezusa: "Nie proszę, byś ich zabrał ze świata... proszę także za tymi, którzy dla słowa ich uwierzą w Ciebie" (39).

Istotnie, jakże mogłabym nie modlić się za dusze, które oni w swych dalekich misjach będą ratować przez cierpienie i pracę apostolską?

Moja Matko, uważam za konieczne objaśnić Ci jeszcze nieco słowa z Pieśni nad pieśniami: "Pociągnij mnie, pobiegniemy", bowiem to, co dotąd powiedziałam, zdaje mi się mało zrozumiałe. "Nikt - powiedział Jezus - nie może przyjść do mnie, jeśli MÓJ OJCIEC, który mnie posłał, nie pociągnie go" (40). Następnie we wzniosłych przypowieściach, a często nawet omijając tę formę tak właściwą ludowi, uczy nas, że wystarczy kołatać, by nam otworzono, wystarczy szukać, by znaleźć, i pokornie wyciągnąć rękę, by otrzymać, o co się prosi... (41) Dodaje jeszcze, że wszystkiego, o co prosi się Ojca w imię Jego, On użyczy (42). Na pewno dlatego Duch Święty jeszcze przed narodzeniem Jezusa, podyktował tę proroczą modlitwę: ..Pociągnij mnie, pobiegniemy".

Cóż więc może znaczyć prośba, by być Pociągniętym, jeśli nie to, by dostąpić jak najgłębszego zjednoczenia z przedmiotem, który zniewala serce? Gdyby ogień i żelazo były obdarzone rozumem i gdyby to ostatnie rzekło do pierwszego: "Pociągnij mnie", czyż nie wyrażałoby przez to pragnienia zjednoczenia się z ogniem do tego stopnia, by ten przeniknął je i nasycił swą żarzącą substancją, aż do całkowitego zlania się w jedno? Matko moja, oto moja modlitwa: proszę Jezusa, by mnie pociągnął w płomienie swej miłości; aby mnie tak ściśle zjednoczył ze Sobą, by On sam żył i działał we mnie. Czuję, że im więcej ogień miłości ogarnie moje serce, tym mocniej wołać będę: "Pociągnij mnie, tym szybciej dusze złączone ze mną (biedną małą okruszyną niepotrzebnego żelaza, gdybym się tylko oddaliła od boskiego ogniska) pobiegną do wonności olejków Umiłowanego; bo dusza ogarnięta miłością nie może być bezczynna, choć niewątpliwie znajduje się - jak św. Magdalena - u stóp Jezusa, słuchając Jego słodkiego i płomiennego głosu. Na pozór nic nie czyniąc, w rzeczywistości czyni daleko więcej niż Marta, która się troszczyła o wiele rzeczy (43) i chciała jeszcze by ją siostra naśladowała. Jezus nie zganił pracy Marty; te same prace spełniała z pokorą przez całe życie Jego boska Matka, przygotowując posiłki dla św. Rodziny. Jezus chciał skarcić jedynie niepokój (44) tej gorliwej gospodyni. Rozumieli to wszyscy święci, a najlepiej może ci, którzy na cały świat roznieśli światło nauki ewangelicznej. Czyż św. Paweł, Augustyn, Jan od Krzyża, Tomasz z Akwinu, Franciszek, Dominik i tylu innych wybitnych Przyjaciół Boga, nie w modlitwie czerpali ową mądrość Bożą, wprawiającą w zdumienie największych geniuszy? Pewien Mędrzec powiedział: "Dajcie mi dźwignię i punkt oparcia, a ruszę z posad ziemią". To, czego Archimedes nie mógł osiągnąć, ponieważ prośby swej nie kierował do Boga i miał na myśli czynność wyłącznie materialną, to Święci w całej pełni otrzymali. Wszechmocny dał im za punkt oparcia SAMEGO SIEBIE I TYLKO SIEBIE; za dźwignię: modlitwę, która wznieca ogień miłości. W ten sposób podźwignęli oni świat; w ten sposób dźwigają go Święci, którzy jeszcze toczą boje, i w ten sposób dźwigać go będą ci, którzy po nich będą następować aż do skończenia świata.

Moja droga Matko, pozostało mi jeszcze powiedzieć ci, co rozumiem przez wonność olejków Umiłowanego. - Skoro Jezus wstąpił do Nieba, mogę postępować za Nim tylko Jego śladami, a jakże świetlane są te ślady, jak wonne! Zaledwie skieruję spojrzenie na Ewangelię świętą, natychmiast oddycham wonią życia Jezusa i wiem, w którą biec stronę... Nie wysuwam się na pierwsze miejsce, ale pozostaję na ostatnim; zamiast występować naprzód z faryzeuszem, powtarzam z ufnością pokorną modlitwę celnika; nade wszystko jednak naśladuję zachowanie się Magdaleny. Jej zadziwiająca a raczej pełna miłości śmiałość, która oczarowała Serce Jezusa, i mnie zachwyca. O taki czuję, że choćby sumienie moje było obciążone wszystkimi możliwymi grzechami, poszłabym z sercem złamanym żalem rzucić się w ramiona Jezusa, ponieważ wiem, jak On kocha marnotrawne dziecko, które powraca do Niego. Jeśli się wznoszę do Boga przez ufność i miłość, to nie dlatego że w swym uprzedzającym miłosierdziu zachował mą duszę od grzechu śmiertelnego (45).

* * *

Dodatek 2

Bilet, który siostra Teresa od Dzieciątka Jezus nosiła na sercu w dniu profesji

8 września 1890

O Jezu, mój Boski Oblubieńcze; obym nigdy nie utraciła drugiej szaty mego Chrztu! zabierz mnie, zanim zdołam popełnić choćby najlżejszą dobrowolną winę. Niech zawsze szukam i znajduję tylko Ciebie, niech stworzenia będą dla mnie niczym, a ja niczym dla nich. Ty zaś, o Jezu, bądź wszystkim!... Niech sprawy tej ziemi nie zdołają nigdy zamącić mej duszy, niech nic nie zakłóci mego pokoju. Jezu, proszę Cię tylko o pokój i o miłość, miłość nieskończoną, której jedyną granicę stanowisz Ty sam... miłość, która nie będzie już moja, ale Twoja, mój Jezu. Jezu, niech dla Ciebie umrę śmiercią męczeńską, niech poniosę męczeństwo serca lub ciała, albo raczej oba razem... Daj mi wypełnić moje śluby w całej doskonałości i dozwól mi zrozumieć, jaką powinna być Twoja oblubienica. Spraw, bym nigdy nie była ciężarem dla Zgromadzenia, niech nikt się mną nie zajmuje, niech dla Ciebie, Jezu, będę zdeptana stopami, zapomniana jak ziarnko piasku. Niech jak najdoskonalej spełni się we mnie Twoja wola, niech dostanę się na miejsce, które mi przygotowałeś...

Jezu, spraw, żebym zbawiła wiele dusz, żeby dziś nie potępiła się ani jedna dusza i aby te, które przebywają w czyśćcu, zostały zeń uwolnione... Jezu przebacz mi, jeśli mówię rzeczy, których mówić się nie godzi; chcę Ciebie rozradować i pocieszyć.

Dodatek 3

Akt ofiarowania się Miłości Miłosiernej

J.M.J.T.

Oddanie siebie samej na Ofiarę Całopalną Miłości Miłosiernej Boga.

O mój Boże! Trójco Błogosławiona, pragnę Cię Kochać i starać się, by Cię Kochano, pracować na chwałę świętego Kościoła ratując dusze, które przebywają na ziemi i wybawiając te, które cierpią w czyśćcu. Pragnę wypełnić doskonale Twoją wolę i osiągnąć ten stopień chwały, który przygotowałeś mi w swym królestwie, jednym słowem, pragnę być Świętą; czuję jednak moją słabość i proszę Cię, o mój Boże, Ty sam bądź moją Świętością,

Skoroś mnie aż tak umiłował, że dałeś mi swego jedynego Syna, by stał się moim Zbawicielem i Oblubieńcem, to nieskończone skarby Jego zasług i do mnie należą, ofiaruję je Tobie z radością błagając, abyś patrzył na mnie już tylko przez Oblicze Jezusa i przez Jego Serce gorejące Miłością.

Ofiaruję Ci także wszystkie zasługi Świętych (którzy są w Niebie i na ziemi), akty Miłości ich, jak również świętych Aniołów; wreszcie ofiaruję Ci, o Trójco Błogosławiona, Miłość oraz zasługi Najśw. Panny, mej drogiej Matki, przez której ręce składam moją ofiarę prosząc, by ją Tobie przedłożyła. Jej Boski Syn, mój Umiłowany Oblubieniec, powiedział nam za dni swego śmiertelnego życia: "O cokolwiek prosić będziecie Ojca niego w imię moje, da wam". Jestem więc pewna, że spełnisz moje pragnienia, o mój Boże, że im więcej zamierzasz dać, tym więcej każesz pragnąć. Czuję w mym sercu niezmierzone pragnienia, toteż proszę z ufnością, byś pospieszył zabrać na własność moją duszę. Ach| nie mogę przyjmować Komunii świętej tak często, jak tego pragnę, ale czyż Ty, o Panie nie jesteś Wszechmocnym?... Pozostań we mnie jak w tabernakulum, nie oddalaj się nigdy od Twej małej hostii...

Chciałabym Cię pocieszyć za niewdzięczność występnych i błagam, odbierz mi wolność czynienia czegokolwiek wbrew Twemu upodobaniu. Jeżeli przez słabość kiedyś upadnę, niechże Twoje Boskie Wejrzenie natychmiast oczyści mą duszę, wyniszczając jej wszelkie niedoskonałości, jak ogień, który wszystko przemienia w siebie...

Dziękuję Ci, o mój Boże! za wszystkie łaski, jakimi mnie obdarzyłeś, a szczególnie za to, że mnie przeprowadziłeś przez próbę cierpienia. W dniu ostatecznym z radością będę patrzyła na Ciebie trzymającego berło Krzyża; skoro raczyłeś podzielić się ze mną tym drogocennym Krzyżem, ufam, że w Niebie będę podobna do Ciebie i na moim uwielbionym ciele ujrzę jaśniejące chwałą stygmaty Twej Męki...

Mam nadzieję, że po tym ziemskim wygnaniu pójdę radować się z Tobą w Ojczyźnie; nie chcę jednak zbierać zasług na Niebo, chcę pracować jedynie z Miłości ku Tobie, tylko w tym celu, by sprawiać Ci radość, pocieszać Twoje Najświętsze Serce i ratować dusze, które będą Cię kochać przez wieczność całą.

Pod wieczór życia stanę przed Tobą z pustymi rękoma, bo nie proszę Cię, Panie, byś liczył moje uczynki. Wszelka sprawiedliwość nasza jest skażona w Twych oczach. Pragnę więc przyodziać się Twoją własną Sprawiedliwością i jako dar Twojej Miłości otrzymać wieczne posiadanie Ciebie samego. Nie chcę więc innego Tronu ani innej Korony, jedynie tylko Ciebie samego, o mój Umiłowany!...

W Twoich oczach czas jest niczym, jeden dzień jest jak tysiąc lat, toteż w jednej chwili możesz przygotować mnie do stawienia się przed Tobą...

Pragnąc, aby całe moje życie było aktem doskonałej Miłości, POŚWIĘCAM SIEBIE NA OFIARĘ CAŁOPALNĄ TWOJEJ MIŁOSIERNEJ MIŁOŚCI błagając, byś mnie wyniszczał nieustannie, przelewając w mą duszę strumienie nieskończonej czułości, ukryte w Tobie, bym w ten sposób, o mój Boże, stała się Męczennicą Twej Miłości!

Niechaj to Męczeństwo przygotuje mnie do stawienia się przed Tobą a potem przyprawi mnie o śmierć, aby dusza moja mogła bezzwłocznie ulecieć w wieczyste objęcia Twej Miłosiernej Miłości...

Pragnę, mój Umiłowany, za każdym uderzeniem serca niezliczone razy ponawiać tę ofiarę, aż rozproszą się cienie i będę mogła ponawiać wyznanie mej miłości w Wiekuistym Twarzą w Twarz!...

Maria Franciszka Teresa od Dzieciątka Jezus i od Najśw. Oblicza zak. karm. nieg.

Uroczystość Trójcy Przenajświętszej

9 czerwca, w roku łaski 1895

* * *

(1) Por. Rz 8, 15.

(2) La Fontaine, Bajki.

(3) Wj 9, 16.

(4) Chodziło o siostrę Marię od Jezusa, konwerskę.

(5) Ps 33, 5.

(6) Ps 111, 4.

(7) Przymiotnikiem "ludzki" określa Święta uczucia czysto naturalne, przyrodzone, w przeciwieństwie do miłości duchowej, nadprzyrodzonej.

(8) Prz 18,19. Św. Teresa podaje ten werset w całkowicie odmiennym sensie.

(9) Tak nazywa się w klasztorze cela, w której przechowuje się akta i dokumenty.

(10) Teresa zajmowała się nowicjuszkami od początku lutego 1893 roku aż do swej śmierci.

(11) Por. Mt 6, 33.

(12) J 10, 12.

(13) Chodzi tu o s. Marię od Trójcy Świętej, która wstąpiła do Karmelu w Lisieux 16 lipca 1894 roku. W rzeczywistości były w tym czasie w Karmelu cztery nowicjuszki, których mistrzynią była matka Maria od św. Gonzagi. S. Maria od Trójcy Św. była jednak w sposób szczególny powierzona św. Teresie od Dzieciątka Jezus. Epizod ten miał miejsce prawdopodobnie podczas postu 1895 r. Wiersz "Żyć miłością", o którym mowa, został ułożony przez Świętą we środę, podczas 40-godzinnego nabożeństwa, 26 lutego 1895 r.

(14) Tym imieniem nazywa się w klasztorach klauzurowych zakonnicę, która ma obowiązek pomóc postulantce wejść w życie zgromadzenia.

(15) Mt 18, 20.

(16) Była to s. Marta od Jezusa, która osobiście złożyła o tym świadectwo.

(17) Por. 2 Sm 16, 10.

(18) Mk 7, 28.

(19) Sentencja ta figuruje na symbolicznym rysunku Góry doskonałości, naszkicowanym przez św. Jana od Krzyża.

(20) Por. Łk 14, 12-14.

(21) Mt 6, 4.

(22) Rz 12,15.

(23) Por. J 16.20.

(24) 2 Kor 9,7.

(25) Na wspólną modlitwę przepisaną konstytucjami zbierają się karmelitanki w chórze.

(26) Mt 25, 40.

(27) Por. Ps 22, 6.

(28) W chórze.

(29) Ksiądz Maurycy Bartłomiej Belliere był klerykiem diecezji Bayeux i kandydatem na misjonarza. 29 września 1897 r., w wigilię śmierci św. Teresy, wsiadł na okręt do Algierii, gdzie wstąpił do nowicjatu Ojców Białych. Po kilku latach pracy na misjach w Afryce, dotknięty chorobą śpiączki, wrócił do Francji i zmarł 14 lipca 1907 r.

(30) Sobota, 30 maja 1896.

(31) Ojciec Adolf Jem Ludwik Eugeniusz Roulland był klerykiem Stowarzyszenia Misji Zagranicznych w Paryżu. Wyświęcony na kapłana 28 czerwca 1896 r., wyjechał do Chin 2 sierpnia następnego roku. W 1909 r. został wezwany do Francji na inne stanowisko. Zmarł 12 czerwca 1934 r.

(32) Cytat z książki bardzo chętnie wówczas czytanej w Karmelach: Le Banquet sacré 1'Idée d'une parfaite carmelite (Uczta święta, czyli ideał doskonałej karmelitanki - Rekolekcje 10-dniowe ułożone przez W. Matkę Joannę Małgorzatę od Miłosierdzia Bożego, karmelitankę. Albi, S. Rodičre, 1844).

(33) Św. Teresa z Avila powtarzała to zdanie na łożu śmierci (por. Vie de sainte Thérčse par Fr. de Ribera, ks. III, r. XV).

(34) Pnp l, 3 - przekład oparty na Wulgacie. W tekście oryginalnym "Pieśni nad pieśniami" werset ten brzmi odmiennie.

(35) J 17, 4 i następne. Święta połączyła razem wybrane wersety Modlitwy Arcykapłańskiej i cytuje je swobodnie.

(36) Łk 15,31.

(37) J 17,23.

(38) J 17,8.

(39) J 17,15-20.

(40) J 6,44.

(41) Por. Mt 7,8.

(42) J 16,23.

(43) Por. Łk 10,41.

(44) Od tego wyrazu tekst jest pisany ołówkiem. 8 lipca Święta definitywnie opuściła swoją celę, przechodząc do infirmerii, gdzie kończyła swój rękopis.

(45) 11 lipca święta Teresa prosiła matkę Agnieszkę od Jezusa, by uzupełnia jej niedokończony rękopis: "Powiedz, moja Matko, że gdybym popełniła wszystkie możliwe zbrodnie, nie zmniejszyłoby to mojej ufności; czuję, że ten ogrom zniewag byłby jak kropla wody wrzucona w płonący żar. Opowiedz następnie historię nawróconej grzesznicy, która zmarła z miłości..." (Novissima verba, 11 lipca; "Historia grzesznicy"). Dwa i pół miesiąca później, 30 września 1897 r. o godz. 7.30 wieczorem święta Teresa od Dzieciątka Jezus zmarła śmiercią, jakiej pragnęła: jak Jezus na krzyżu.

Krakowska Prowincja Karmelitów Bosych: www.karmel.pl

 

Komentarze   

 
0 #1 aga 2009-04-17 21:16
dzieje duszy sw tereski poruszaja dusze na wskros:-)
Cytować
 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież


Sonda

Czy przedsoborowa Msza Trydencka? (po łacinie)
 

Polecany link, kliknij

Reklama

Kto jest teraz on-line

Naszą witrynę przegląda teraz 149 gości