Dzieje Duszy - Rozdział X
Czytelnia - DZIEJE DUSZY - św - św. Teresa od Dzieciątka Jezus

Dzieje duszy
Św. Teresa od Dzieciątka Jezus (Teresa Martin)

Rozdział X

Przez noc wiary
Adresowany do Matki Marii od św. Gonzagi

Stosunek do m. Marii od św. Gonzagi. Winda niebieska. Misja w nowicjacie. Pierwsze wezwanie na wieczne gody. Stół grzeszników. Duchowe ciemności. Powołanie misyjne. Prawdziwa miłość bliźniego. Wielkie zwycięstwo. Dezerter. Wyrzec się swoich praw aż do ostatka. "Praktykuję to, o czym piszę".

Czerwiec 1897

Moja ukochana Matko (1), wyraziłaś życzenie, bym razem z Tobą dokończyła Wyśpiewywać Zmiłowania Pańskie (2). Tę słodką pieśń rozpoczęłam już z twą drogą córką, Agnieszką od Jezusa, której opiece matczynej i kierownictwu zlecił mnie Dobry Bóg w dniach mego dzieciństwa; z nią tedy opiewałam łaski udzielone małemu kwiatkowi Najświętszej Panny w wiośnie jego życia, z tobą jednak winnam opiewać obecne szczęście małego kwiatuszka, kiedy to nieśmiałe promienie jutrzenki zastąpił palący żar południa. Tak więc z tobą, Matko najdroższa, idąc za twoim życzeniem (3), spróbuję wypowiedzieć uczucia mej duszy, moją wdzięczność dla Pana Boga, dla ciebie, która mi Go widzialnie przedstawiasz; czyż nie przez twoje matczyne ręce oddałam się Jemu całkowicie? O Matko moja, czy pamiętasz ten dzień?... (4) Tak, czuję, że serce twoje nie mogło go zapomnieć... Co do mnie, muszę oczekiwać na piękne Niebo, bo tu na ziemi nie znajduję słów zdolnych wyrazić to, co działo się w moim sercu w tym dniu błogosławionym.

Matko ukochana, był także inny dzień, w którym moja dusza jeszcze silniej, jeśli to możliwe, przylgnęła do twojej; to dzień, w którym Jezus włożył na Ciebie ponownie brzemię przełożeństwa. W dniu tym, moja droga Matko, siałaś wśród łez, za to w Niebie będziesz napełniona radością na widok swego obfitego żniwa (5). O moja Matko, przebacz mi moją dziecięcą prostotę; wiem, że mi pozwolisz mówić Ci ze swobodą to, co młoda zakonnica może powiedzieć swojej Przeoryszy. Być może, że nie zawsze będę się trzymać w granicach zakreślonych podwładnym, ale, Matko moja, ośmielam się powiedzieć, że to twoja wina: postępuję z tobą jak dziecko, ponieważ Ty nie postępujesz ze mną jak Przeorysza, ale jak Matka...

O, czuję to dobrze, Matko droga, że to Dobry Bóg zawsze przez Ciebie do mnie przemawia. Wiele sióstr mniema, że mnie rozpieszczasz odkąd wstąpiłam do świętej arki, że otrzymuję od Ciebie tylko pieszczoty i pochwały, a tymczasem jest wręcz przeciwnie; zobaczysz moja Matko, w zeszycie zawierającym moje wspomnienia z dzieciństwa, co myślę o mocnym i macierzyńskim wychowaniu, jakie od Ciebie odebrałam. Z głębi serca dziękuję Ci za to, że mnie nie oszczędzałaś. Jezus dobrze wiedział, jak bardzo Jego małemu kwiatkowi potrzebna była ożywcza woda upokorzenia; bez niej nie zdołałby się zakorzenić - był zbyt słaby. Dzięki Tobie, moja Matko, otrzymał to dobrodziejstwo.

Od półtora roku Jezus chciał zmienić sposób postępowania z małym kwiatkiem; uznał zapewne, że jego kwiatek jest już dostatecznie zasilony wilgocią, bo obecnie słonce przyczynia się do jego wzrostu; Jezus ma dla niego już tylko uśmiech, którym go obdarza za twoim, Matko Ukochana, pośrednictwem. To słodkie słońce bynajmniej nie odbiera kwiatków; świeżości, ale pozwala mu wspaniale się rozwijać. W głębi kielicha zachowuje on drogocenne krople rosy, które przyjął i które zawsze mu przypominają, że jest mały i słaby... Wszystkie stworzenia mogą się ku niemu skłamać, podziwiać go i chwalić, ale to - nie wiem czemu - nie jest w stanie dodać ani jednej kropli fałszywej radości do prawdziwego szczęścia, którym cieszy się w swym sercu widząc się takim, jakim jest w oczach Boga; biedne małe zero i nic więcej... Mówię, że nie rozumiem dlaczego, ale czyż nie dlatego, że był on chroniony przed wodą pochwał aż do momentu, dopóki jego mały kielich nie został dostatecznie napełniony rosą upokorzenia? Teraz nie grozi mu już niebezpieczeństwo, przeciwnie, mały kwiatek tak zasmakował w rosie, która go napełnia, że uważa bardzo, aby jej nie zamienić na mdłą wodę pochwał.

Nie chcę przez to powiedzieć, moja droga Matko, i nie chcę, byś sądziła że serce twego dziecka nie docenia miłości i zaufania, jakie mu okazujesz, chcę powiedzieć jedynie, jak dobrze czuję, że obecnie nie mam się czego obawiać, że, przeciwnie, mogę się cieszyć, odnosząc do Dobrego Boga wszelkie dobro, którym mnie napełnia. Jeśli Mu się spodoba spławić, bym wydała się lepszą niż jestem, to Jego rzecz, wolno Mu czynić co zechce... Matko moja, jakże różne są drogi, którymi Pan prowadzi dusze l W żywotach Świętych dostrzegamy, że wielu nie pozostawiło po sobie nawet najmniejszej pamiątki, żadnego pisma. Inni, jak święta nasza Matka Teresa, przeciwnie, wzbogacili Kościół swymi wzniosłymi objawieniami, nie lękając się wyjawiać tajemnic Króla (6), aby tylko dusze lepiej Go poznały i mocniej ukochały. Co milsze jest Dobremu Bogu? Mnie się zdaje, moja Matko, że zarówno jedno jak drugie, ponieważ wszyscy oni postępowali pod działaniem Ducha Świętego, a Pan rzekł: Powiedzcie Sprawiedliwemu, że WSZYSTKO jest dobrze (7). Tak, wszystko jest dobrze, gdy szuka się tylko woli Jezusa, toteż ja, biedny mały kwiatek, słucham Jezusa, starając się sprawić przyjemność mej ukochanej Matce.

Ty wiesz, moja Matko, że zawsze pragnęłam być świętą, ale cóż! kiedy porównuję się ze świętymi, stwierdzam nieustannie, że między nami jest ta sama różnica, jak między niebotyczną górą, a zagubionym ziarenkiem piasku, deptanym stopami przechodniów. Lecz zamiast zniechęcać się, mówię sobie: "Dobry Bóg nie dawałby mi pragnień nierealnych, więc pomimo że jestem tak małą, mogę dążyć do świętości. Niepodobna mi stać się wielką, powinnam więc znosić się taką, jaką jestem, ze wszystkimi swymi niedoskonałościami; chcę jednak znaleźć sposób dostania się do Nieba, jakąś małą drogę, bardzo prostą i bardzo krótką, małą drogę zupełnie nową. Żyjemy w wieku wynalazków, nie ma już potrzeby wchodzić na górę po stopniach schodów; u ludzi bogatych z powodzeniem zastępuje je winda. Otóż i ja chciałabym znaleźć taką windę, która by mnie uniosła aż do Jezusa, bo jestem zbyt mała, by wstępować po stromych stopniach doskonałości. Poszukiwałam więc w księgach świętych wytłumaczenia co do owej windy, przedmiotu mych pragnień i przeczytałam te słowa, które wyszły z ust Przedwiecznej Mądrości: Jeżeli kto jest MALUCZKI, niech przyjdzie do mnie (8). Znalazłam więc to, czego szukałam, a chcąc się dowiedzieć, o mój Boże! co uczynisz maluczkiemu, kiedy odpowie na Twe wezwanie, poszukiwałam dalej. I oto co znalazłam: - Jak matka pieści swe dziecię, tak ja was pocieszać będę, przy piersiach was poniosę i będę was kołysał na mych kolanach! (9) O! nigdy jeszcze słowa czulsze, o bardziej melodyjnym brzmieniu nie rozweseliły mej duszy; windą, która mnie uniesie aż do Nieba, są twoje ramiona, o Jezu! a do tego nie potrzebuję wzrastać, przeciwnie, powinnam zostać małą, stawać się coraz mniejszą. O mój Boże, przewyższyłeś wszelkie moje oczekiwanie, toteż. pragnę wyśpiewywać Twoje miłosierdzie. "Uczyłeś mnie od młodości i aż dotąd opowiadam Twoje cuda, będę je dalej głosić w wieku podeszłym" (10). Kiedy osiągnę ten wiek podeszły? Zdaje mi się, że mogłabym już teraz, bo dwa tysiące lat w oczach Pana znaczą tyle co lat dwadzieścia, co jeden dzień... (11) Ach, nie sądź jednak Matko ukochana, że twoje dziecko pragnie Cię opuścić... nie myśl, że za większą łaskę uważa śmierć w poranku dnia, niż u jego schyłku. Jedyne, co przedstawia dla niego wartość, co jest jego wyłącznym pragnieniem, to sprawiać przyjemność Jezusowi... Teraz, kiedy On zdaje się zbliżać, by powołać je do przybytku swej chwały, dziecko twoje raduje się. Ono dawno już zrozumiało, że Dobry Bóg nie potrzebuje nikogo, aby czynić dobrze na ziemi, a jego jeszcze mniej niż innych.

Przebacz mi, moja Matko, jeśli Cię zasmuciłam... ach! tak chciałabym Cię rozradować... czy sądzisz jednak, że gdyby twoje modlitwy nie zostały wysłuchane na ziemi, gdyby Jezus na kilka dni rozdzielił dziecko od Matki, to czyż nie będą one wysłuchane w Niebie?...

Wiem, że życzysz sobie, abym spełniała przy tobie posłannictwo nader słodkie i łatwe (12); czyż nie mogę go spełnić z wysokości Niebios?... Jak Jezus rzekł pewnego dnia do świętego Piotra, tak Ty powiedziałaś do swego dziecka: "Paś baranki moje" (13), co mnie napełniło zdziwieniem i na co odrzekłam, że "jestem zbyt mała..."; błagałam Cię, byś sama pasła swe małe baranki, mnie zaś strzegła i pozwoliła mi z łaski paść się razem z nimi. A oto, moja Matko ukochana, spełniając po części moje słuszne pragnienie, strzeżesz małych baranków i owiec (14), mnie wszakże rozkazałaś, bym je często pasła w cieniu, wskazywała im trawy najlepsze i najbardziej wzmacniające, a także ukazywała im kwiaty o zwodniczym blasku, których mogą dotykać jedynie po to, by miażdżyć je stopami... Nie obawiałaś się, moja Matko, że twoje małe baranki sprowadzę z właściwej drogi; mój brak doświadczenia, moja młodość, nie przeraziły Cię wcale; może wspomniałaś na to, że Pan chętnie udzielał mądrości małym i że pewnego dnia, uniesiony radością, błogosławił swego Ojca za to, że zakrył swe tajemnice przed roztropnymi, a objawił je najmniejszym (15). Ty wiesz, Matko, jak rzadko zdarzają się dusze, które by potęgi Bożej nie mierzyły swym krótkowzrocznym rozumem; przyznają wprawdzie, że wszędzie na ziemi zdarzają się wyjątki, ale Panu Bogu czynić ich nie pozwalają! Wiem, że ten sposób mierzenia doświadczenia według ilości lat jest od bardzo dawna w użyciu między ludźmi, już bowiem święty król Dawid w młodości śpiewał Panu: "Jestem MŁODY i wzgardzony" (16). W tym samym psalmie 118 nie lęka się jednak powiedzieć: "Stałem się mądrzejszy od starców: ponieważ szukałem Twojej woli... Twoje słowo jest pochodnią, która oświeca moje kroki... Jestem gotów wypełnić Twoje rozkazy i nic NIE zdoła mnie ZANIEPOKOIĆ... (17)

Matko ukochana, nie obawiałaś się powiedzieć mi pewnego dnia, że Dobry Bóg oświeca moją duszę, dając mi doświadczenie długich lat... O Matko! jestem zbyt małą, by być dzisiaj próżną, zbyt małą również, by pięknymi słowami zaprzeczać i przez to przekonywać Cię, że jestem bardzo pokorna, wolę raczej przyznać z prostotą, że Wszechmocny uczynił wielkie rzeczy w duszy dziecka swojej boskiej Matki, a największą z nich jest to, że okazał mu jego maleńkość, jego niemoc. Matko droga, Ty wiesz doskonale, że Dobry Bóg pozwolił mojej duszy przejść przez najrozmaitsze doświadczenia; wiele już na ziemi wycierpiałam. W dzieciństwie cierpiałam ze smutkiem, dziś zupełnie inaczej, bo w radości i pokoju; pośród cierpienia cieszę się prawdziwym szczęściem. Matko moja! Trzeba Ci poznać wszystkie tajemnice mej duszy, abyś się nie uśmiechała przy czytaniu tych słów, bo czyż na pozór znajduje się dusza mniej ode mnie doświadczana? Jakżeż by się jednak zdziwiono na widok męczeństwa, które od roku przechodzę... (18)

Matko ukochana, Ty znasz to doświadczenie; chcę Ci o nim jeszcze opowiedzieć, bo uważam je za wielką łaskę, którą otrzymałam w czasie twego błogosławionego Przełożeństwa.

Dobry Bóg dał mi tę pociechę, że wielki post ubiegłego roku mogłam zachowywać z całą ścisłością; nigdy nie czułam się tak silna, a trwało to aż do Wielkanocy! Tymczasem w Wielki Piątek Jezus chciał mi zrobić nadzieję, że wkrótce pójdę ujrzeć Go w Niebie... O! jak słodkie jest dla mnie to wspomnienie! Po czuwaniu przy Grobie aż do północy wróciłam do naszej celi, ale zaledwie zdążyłam położyć głowę na poduszce, doznałam uczucia, jakby gorący strumień wzbierał we mnie podchodząc mi do ust. Nie mogłam się zorientować, co to jest, ale pomyślałam, że może umieram i duszę moją zalała radość... Tymczasem, ponieważ nasza lampka była już zgaszona, powiedziałam sobie, że trzeba mi zaczekać do rana, aby się upewnić o mym szczęściu; zdawało mi się bowiem, że zrzuciłam krew. Na ranek nie musiałam długo czekać; zbudziwszy się, natychmiast pomyślałam, że mam się dowiedzieć czegoś bardzo pocieszającego i zbliżywszy się do okna miałam możność stwierdzić, że się nie myliłam... Ach! moja dusza rozpływała się w nadmiarze pociechy; byłam wewnętrznie przekonana, że Jezus chciał, abym w dniu dorocznych obchodów pamiątki Jego śmierci usłyszała pierwsze wezwanie. By} to jakby słodki i odległy szmer, który zapowiadał mi przybycie Oblubieńca... (19)

Toteż z wielkim zapałem uczestniczyłam w Prymie i kapitule przeproszeń (20). Gdy przyszła kolej na mnie podeszłam spiesznie, by móc wreszcie, przepraszając Cię, zwierzyć Ci, ukochana Matko, moją nadzieję i szczęście; dodałam jednak, że nie odczuwam żadnego bólu (co było rzeczywiście prawdą) i błagałam Cię Matko, byś mi nie dawała żadnej dyspensy. W rezultacie miałam tę pociechę, że Wielki Piątek spędziłam tak jak pragnęłam. Nigdy ostrości Karmelu nie wydawały mi się równie słodkie; nadzieja, że pójdę do Nieba, przemieniała mi je w radość. Nadszedł wieczór tego błogosławionego dnia; trzeba było położyć się na spoczynek; Pan Jezus dał mi ten sam znak co ubiegłej nocy, że zbliża się moje odejście do Wieczności... Cieszyłam się wówczas wiarą tak żywą, tak jasną, że myśl o Niebie napełniała mnie szczęściem; w głowie mi się nie mieściło, by mogli istnieć bezbożnicy nie mający wiary. Sądziłam, że jeśli zaprzeczają oni istnieniu Nieba, tego pięknego Nieba, gdzie Sam Bóg chciałby się stać ich wieczną nagrodą, czynią to wbrew swemu wewnętrznemu przekonaniu. W radosnych dniach okresu paschalnego Jezus dał mi odczuć, że istotnie są dusze pozbawione wiary, które przez nadużywanie łask utraciły ten cenny skarb, źródło jedynej radości czystej i prawdziwej. Pozwolił On, aby duszę moją spowiły najgęstsze ciemności, że myśl o Niebie, tak dla mnie słodka, stała się przedmiotem walki i udręki... Doświadczenie to nie trwało kilku dni czy kilku tygodni, wygląda na to, że będzie ono trwać aż do godziny wyznaczonej przez Boga... godzina ta jeszcze nie nadeszła... Chciałabym móc wyrazić to, co czuję, ale cóż! wiem, że jest to niemożliwe. Trzeba samemu przebyć ten mroczny tunel, aby być w stanie zrozumieć, czym są jego ciemności. Spróbuję to wyjaśnić przez porównanie.

Przypuśćmy, że urodziłam się w krainie gęstej mgły i nigdy nie podziwiałam radosnego widoku natury zalanej i przemienionej promiennym słońcem; co prawda od dzieciństwa słuchałam opowiadań o tych wspaniałościach, wiem, że kraj, w którym przebywam, nie jest moją ojczyzną, że jest inny, do którego winnam nieustannie tęsknić. Jego istnienie nie jest bajką zmyśloną przez mieszkańca smutnego kraju, w którym się znajduję, lecz prawdą niezbitą, albowiem Król owej słonecznej ojczyzny przyszedł do krainy ciemności, by żyć w niej przez trzydzieści trzy lata. Ale cóż! ciemności nie mogły zrozumieć, że ten Boski Król był światłem świata... (21) Twoje dziecko, o Panie, zrozumiało jednak boskie światło, więc przeprasza Cię za swych braci, godzi się pożywać chleb boleści tak długo, jak Tobie się będzie podobało i wcale nie ma ochoty wstać od tego stołu zastawionego goryczą, przy którym pożywiają się biedni grzesznicy, zanim nadejdzie dzień przez Ciebie oznaczony... Ale czyż nie może wołać w imieniu swoim i swoich braci: Zmiłuj się nad nami Panie, bo jesteśmy biedni grzesznicy! (22) O Panie! dozwól nam odejść usprawiedliwionymi... Niech ci wszyscy, którzy nie byli dotąd oświeceni jasnymi promieniami Wiary, zobaczą w końcu jej światło... O Jezu, jeśli trzeba, by dusza miłująca Ciebie oczyściła stół przez nich skalany, pragnę gorąco pożywać ten chleb ciężkich doświadczeń aż do chwili, w której spodoba Ci się wprowadzić mnie do Twego promiennego królestwa. O jedną tylko łaskę proszę, abym Cię nigdy nie obraziła...

Moja ukochana Matko, to co Ci napisałam nie jest z sobą powiązane; moja historyjka, podobna do czarodziejskiej bajki, zmieniła się nagle w modlitwę; nie wiem jaką korzyść przyniesie Ci czytanie tych myśli pogmatwanych i źle wyrażonych. Ostatecznie, moja Matko, pisząc nie mam na celu stworzenia dzieła literackiego; piszę z posłuszeństwa; jeśli Cię nudzę, tp przynajmniej przekonasz się, że twoje dziecko dało dowód dobrej woli. Nie zniechęcając się, będę więc dalej snuć moje małe porównanie, podejmując je od miejsca, w którym je przerwałam. Wspomniałam już o swej trwającej od dzieciństwa pewności, że kiedyś opuszczę ten kraj smutny i ciemny; swą pewność opierałam nie tylko na tym, co słyszałam od osób mądrzejszych ode mnie, ale również na wewnętrznym dążeniu serca w sfery najpiękniejsze. Jak geniusz Krzysztofa Kolumba pozwolił mu przeczuć istnienie nowego świata, choć nikomu się o tym nawet nie śniło, podobnie i ja miałam poczucie, że kiedyś zamieszkam na stałe na innej ziemi. A oto nagle otaczające mnie mgły zgęstniały, przeniknęły aż do wnętrza mej duszy i zasnuły ją do tego stopnia, że nie jestem już w stanie odnaleźć w niej słodkiego obrazu mojej Ojczyzny - wszystko zniknęło! Jeśli biedne moje serce zmęczone otaczającymi je ciemnościami chce znaleźć wytchnienie wspominając promienny kraj, ku któremu się wyrywa, udręczenie wzmaga się jeszcze. Zdaje mi się, jakoby te ciemności szydziły ze mnie, zapożyczając głosu bezbożników: "Marzysz o światłości, o ojczyźnie napełnionej cudowną wonią, marzysz o wiecznym posiadaniu Stwórcy tych wszystkich wspaniałości, spodziewasz się, że kiedyś wyjdziesz spośród otaczającej cię mgły! Naprzód, naprzód, ciesz się na śmierć, która ci da nie to, czego oczekujesz, ale noc jeszcze głębszą, noc nicości".

Matko ukochana, to wyobrażenie, które chciałam Ci dać o ciemnościach zalegających moją duszę, jest tak niepełne, jak szkic w stosunku do modelu, mimo to nie chcę dalej pisać z obawy, aby nie zbluźnić... lękam się, że i tak już za dużo powiedziałam...

O! niech mi Jezus przebaczy, jeżeli zrobiłam Mu przykrość. On dobrze wie, że choć nie czerpię pociechy z Wiary, staram się jednak pełnić jej uczynki. Wiem, że w ciągu tego roku wzbudziłam w sobie więcej aktów wiary niż w ciągu całego mego życia. W każdej nadarzającej się okazji, kiedy to mój nieprzyjaciel chce mnie sprowokować do walki, dowodzę mojej dzielności, wiedząc bowiem, że tchórzostwem jest pojedynkować się, odwracam się plecami do mego przeciwnika nie patrząc mu w oczy. Biegnę wówczas do mego Jezusa i mówię Mu, że jestem gotowa wylać ostatnią kroplę krwi dla wyznania tej prawdy, że Niebo istnieje. Mówię Mu, jak jestem szczęśliwa, że nie cieszę się tym pięknym Niebem na ziemi, bo dzięki temu mogę otworzyć je na całą wieczność biednym niewierzącym. Toteż mimo tej próby, która odbiera mi wszelką radość, mogę przecież zawołać: "Panie, napełniasz mnie RADOŚCIĄ przez WSZYSTKO co uczyniłeś" (Ps 91) (23). Bo czyż może być radość większa od tej, którą daje cierpienie z miłości ku Tobie?... A cierpienie im bardziej jest ukryte, im mniej jest widoczne dla oczu stworzeń, tym większą radość sprawia Tobie, mój Boże! A gdybyś nawet, co jest niemożliwe, i Ty nie miał o nim wiedzieć, jeszcze cierpiałabym z radością, w nadziei, że przez nie powstrzymani lub wynagrodzę choćby jeden grzech popełniony przeciw Wierze.

Pomyślisz może, moja ukochana Matko, że zbyt czarno przedstawiam moje doświadczenie. Istotnie, sądząc po uczuciach, które wyrażałam w wierszykach w tym roku ułożonych, mogłabyś mniemać, że moja dusza opływa w pociechy, że zasłona wiary została prawie rozdarta. A tymczasem... dla mnie to już nawet nie jest zasłona, to mur, który się wznosi prawie do nieba i przysłania gwiaździsty firmament... Kiedy śpiewam o szczęściu Nieba, o wiecznym posiadaniu Boga, czynię to bez żadnej wewnętrznej radości, opiewam po prostu to, w co CHCĘ WIERZYC. To prawda, że czasem nikły promyk słońca rozjaśnia moje ciemności, ale doświadczenie ustaje tylko na chwilę, po czym wspomnienie tego promyka, zamiast mnie pocieszyć, sprawia, że ciemności wydają mi się jeszcze bardziej nieprzeniknione.

O moja Matko, nigdy jeszcze mocniej nie odczułam, jak słodki i miłosierny jest Pan; zesłał mi On bowiem to doświadczenie dopiero wtedy, kiedy miałam już siły je unieść; wiem dobrze, że wcześniej przywiodłoby mnie ono do zniechęcenia... Obecnie oczyszcza ono tylko moje pragnienie Nieba od wszelkiej przyrodzonej radości... Matko ukochana, zdaje mi się, że teraz nic już nie stoi na przeszkodzie, bym uleciała do Nieba, bo nie mam już większego pragnienia nad to, by kochać i umrzeć z miłości... (9 czerwca) (24).

Matko moja droga, jestem zdumiona widząc to, co napisałam wczoraj, co za gryzmoły!... Ręka tak mi się trzęsła, że musiałam przerwać, teraz zaś usiłując pisać dalej, skrobię tak samo; mimo to ufam, że dziś uda mi się pisać czytelniej, bo nie jestem już w łóżeczku ale w pięknym białym foteliku.

O moja Matko, czuję dobrze, że to wszystko, co mówię, nie jest z sobą powiązane, równocześnie jednak czuję potrzebę, by - zanim zacznę opowiadać Ci o przeszłości - wyrazić Ci moje obecne uczucia; później może zapomnę o tym. Przede wszystkim chcę Ci powiedzieć, jak bardzo jestem wzruszona całą twą macierzyńską delikatnością; ach! wierzaj mi, Matko moja ukochana, że serce twego dziecka jest przepełnione wdzięcznością i nie zapomni nigdy tego wszystkiego, co Ci zawdzięcza.

Matko moja, najbardziej wzrusza mnie nowenna, którą odprawiasz do M. B. Zwycięskiej (25), te Msze św., które zamówiłaś, by uprosić moje uzdrowienie. Czuję, że te wszystkie skarby duchowne przynoszą wiele dobrego mojej duszy; na początku nowenny powiedziałam Ci, moja Matko, że trzeba, aby Najśw. Panna albo mnie uzdrowiła, albo raczej zabrała do Nieba, bo wydawało mi się, że to bardzo smutne dla Ciebie i Zgromadzenia, nieść ciężar choroby młodej zakonnicy; teraz jednak zgodziłabym się być chorą przez całe życie, jeżeli miało by to sprawić przyjemność Panu Bogu i zgodziłabym się także na życie bardzo długie; jedyna łasko, której pragną - to umrzeć z miłości.

O nie! nie lękam się długiego życia, nie uchylam się od walki, bo Pan jest skałą, na którą zostałam wzniesiona, który ćwiczy me ręce do walki, a palce moje do wojny. On jest moją tarczą, w Nim mam nadzieję. - Ps 143 (26). Toteż nigdy nie prosiłam Pana Boga, by umrzeć w młodym wieku, mając co prawda zawsze nadzieję, że taka jest Jego wola. Często Pan zadowala się naszym pragnieniem pracowania dla Jego chwały, a Ty, Matko, wiesz, jak wielkie są moje pragnienia! Wiesz również, że Jezus podawał mi niejeden gorzki kielich, odbierając mi od ust zanim zaczęłam go pić, ale wprzód pozwalał mi zakosztować jego goryczy. Matko ukochana, miał rację święty król Dawid, który śpiewał: Jak dobrze, jak słodko mieszkać braciom razem w doskonałej jedności (27). Prawdę tych słów czułam bardzo często, ale taka jedność może zaistnieć na ziemi tylko za cenę ofiary. Nie po to, by żyć razem z mymi siostrami, wstąpiłam do Karmelu, ale dlatego jedynie, aby odpowiedzieć na wezwanie Jezusa. O! słusznie przeczuwałam, że kiedy się nie folguje naturze, wspólne życie z nimi może stać się przyczyną nieustannych cierpień.

Jak można mówić, że wyższą doskonałością jest żyć z dala od swoich?... Czyż można czynić zarzut braciom z tego, że walczą na jednym polu bitwy, że razem biegną po palmę męczeństwa?... Niewątpliwie słusznie uważano, że dodawali sobie nawzajem odwagi, ale niemniej słusznie, że męczeństwo jednego stawało się równocześnie męczeństwem wszystkich. Podobnie dzieje się w życiu zakonnym, które teologowie zwą męczeństwem. - Serce, oddając się Bogu, nie traci swych przyrodzonych, pełnych tkliwości uczuć, przeciwnie, uczucia te potęgują się w miarę, jak stają się coraz czystsze i coraz bardziej boskie.

Matko ukochana, z taką to serdeczną tkliwością kocham Ciebie, kocham moje siostry; szczęśliwa jestem, że w rodzinie walczę o chwałę Króla Niebios, ale równocześnie jestem gotowa podążyć spiesznie na inne pole walki, gdyby Boski Generał tego sobie życzył. Nie trzeba tu rozkazu, wystarczy spojrzenie, prosty znak.

Od chwili mego wstąpienia do błogosławionej arki, spodziewałam się zawsze, że jeśli Jezus nie zabierze mnie szybko do Nieba, moim udziałem stanie się los gołąbki Noego; że pewnego dnia Pan otworzy okno arki i powie mi, bym leciała bardzo, bardzo daleko, na pogańskie brzegi, niosąc gałązkę oliwną. O Matko, ta myśl rozszerzała mi duszę, pozwalała mi wznosić się ponad wszystko co stworzone. Zrozumiałam, że nawet w Karmelu może istnieć rozłąka, że tylko w Niebie będzie połączenie całkowite i wieczne; starałam się więc, by dusza moja zamieszkała w Niebie, by na rzeczy ziemskie spoglądała z oddali. Zgodziłam się nie tylko być sama wysłaną do obcego narodu, ale również, co było mi stokroć bardziej gorzkie, aby wysłano tam moje siostry. Na zawsze pozostanie mi w pamięci dzień 2 sierpnia 1896 r., w którym wypadał właśnie wyjazd misjonarzy (28) i sprawa wyjazdu Matki Agnieszki od Jezusa była najpoważniej traktowana. Nie chciałam uczynić absolutnie nic w celu przeszkodzenia mu; w sercu odczuwałam jednak głęboki smutek, ponieważ, znając wrażliwość jej duszy, sądziłam, że nie jest stworzona do życia pośród tych, którzy nie potrafią jej zrozumieć. Tysiące podobnych myśli cisnęło mi się tłumnie do głowy, a Jezus milczał, nie rozkazywał burzy... Ja zaś mówiłam do Niego: Mój Boże, z miłości ku Tobie godzę się na wszystko: jeżeli Ty chcesz, ja również chcę cierpieć, a nawet umrzeć ze zmartwienia. Jezus zadowolił się tą gotowością; ale w kilka miesięcy później mówiono o wyjeździe S. Genowefy i S. Marii od Trójcy Św.; wówczas było to cierpienie innego rodzaju, bardzo wewnętrzne i bardzo głębokie. Wyobrażałam sobie wszystkie doświadczenia i rozczarowania, jakie im przyjdzie wycierpieć, jednym słowem, niebo moje było zasnute chmurami... jedynie w głębi serca panowała nadal cisza i spokój.

Matko ukochana, dzięki swej roztropności rozpoznałaś wolę Dobrego Boga i ze swej strony zabroniłaś na razie twoim nowicjuszkom myśleć o opuszczeniu kolebki ich zakonnego dzieciństwa; zrozumiałaś jednak ich pragnienia, ponieważ w swej młodości sama prosiłaś, Matko moja, byś mogła wyjechać do Sajgonu; często się zdarza, że pragnienia matek znajdują swe echo w duszach dzieci. Matko moja droga, wiesz, że twe pragnienia apostolskie odbiły się w mojej duszy bardzo wiernym echem; pozwól, że Ci się zwierzę, dlaczego pragnęłam i jeszcze dziś pragnę - jeżeli Najśw. Panna mnie uzdrowi - dla obcej ziemi opuścić rozkoszną oazę, w której żyję tak szczęśliwa pod twym macierzyńskim wejrzeniem.

Do życia w Karmelach misyjnych trzeba mieć - jak mi, Matko, mówiłaś - zupełnie specjalne powołanie; wiele dusz łudzi się, że je posiada. Powiedziałaś mi również, że ja je otrzymałam i jedynie moje zdrowie stoi na przeszkodzie; wiem dobrze, że ta przeszkoda znikłaby, gdyby Dobry Bóg powołał mnie w dalekie kraje, toteż żyję bez żadnego niepokoju. Gdyby pewnego dnia trzeba mi było opuścić mój drogi Karmel, o! nie bez bólu bym to uczyniła; Jezus nie obdarzył mnie sercem nieczułym i dobrze, że uczynił je zdolnym do cierpienia, bo pragnę, by dało Mu wszystko, co tylko dać może. Tutaj, Matko ukochana, żyję nie kłopocząc się żadnymi troskami tej nędznej ziemi, mam jedynie wypełnić słodką i łatwą misję, którą mi powierzyłaś. Tutaj jestem otoczona twoją uprzedzającą, macierzyńską troskliwością, nie odczuwam ubóstwa, ponieważ nigdy mi niczego nie brakowało (29). Ale nade wszystko - tutaj jestem kochana przez Ciebie i przez wszystkie siostry i ta miłość jest mi nad wyraz słodka. Oto dlaczego marzę o klasztorze, w którym byłabym nieznana, w którym cierpiałabym z powodu ubóstwa, braku miłości, wreszcie - osamotnienia serca.

Ach! Opuściłabym wszystko, co mi jest drogie, nie dlatego, by być użyteczną Karmelowi, który zechciałby mnie przyjąć; robiłabym niewątpliwie wszystko, co do mnie należy, ale znając mą nieudolność wiem, że nawet starając się uczynić wszystko, na co mnie stać, nie mogłabym podołać, gdyż nie znam się wcale, jak już wspomniałam, na sprawach doczesnych. Jedynym moim celem byłoby spełnić wolę Bożą, stać się dla Niego ofiarą w sposób, który sam wybierze.

Wiem dobrze, że nie spotkałoby mnie żadne rozczarowanie, bo skoro jest się przygotowanym na samo tylko cierpienie, miłe zdziwienie budzi najdrobniejsza radość, a zresztą - wiesz o tym Matko - samo cierpienie staje się najwyższym szczęściem, kiedy ubiega się o nie jak o skarb najcenniejszy.

O nie! nie dlatego chciałabym wyjechać, by cieszyć się z owoców swoich prac; gdyby to było moim celem, nie odczuwałabym tego słodkiego pokoju, który zalewa mą duszę, a nawet cierpiałabym z tego powodu, że nie mogę zrealizować swego powołania na dalekie misje. Od dawna już nie należę do siebie, oddalam się całkowicie Jezusowi, który ma teraz pełną swobodę czynienia ze mną tego, co Mu się podoba. On dał mi pociąg do życia na całkowitym wygnaniu, pozwolił poznać wszystkie cierpienia, na jakie bym tam napotkała, pytając mnie, czy chcę wypić ten kielich goryczy do dna. Miałam ochotę pochwycić go natychmiast, gdy tylko mi Jezus ukazał, ale On cofając swą rękę dał mi zrozumieć, że wystarcza Mu zgoda.

Matko moja, od iluż niepokojów chroni nas pełnienie ślubu posłuszeństwa! Jak szczęśliwe są zwykłe zakonnice! Mając za jedyną busolę wolę przełożonych, zawsze są pewne, że znajdują się na prostej drodze, nie lękają się pomyłki, choć czasem zdawać im się może, że przełożeni się mylą. Ale skoro tylko przestaną spoglądać na tę nieomylną busolę, skoro zboczą z wytkniętej drogi pod pretekstem pełnienia woli Boga, który rzekomo nie dość jasno oświeca tych, co przecież zajmują Jego miejsce, natychmiast dusza zaczyna się błąkać po jałowych ścieżkach, gdzie wkrótce zabraknie jej wody łaski.

Matko ukochana, ty jesteś tą busolą, która z woli Jezusa ma mnie prowadzić pewnie do brzegów wieczności. Jak miło mi wpatrując się w Ciebie, wypełniać wolę Pana! Odkąd On pozwolił, abym cierpiała pokusy przeciw wierze, pomnożył równocześnie w mym sercu ducha wiary, który mi każe widzieć w tobie nie tylko Matkę kochającą mnie i przeze mnie kochaną, ale przecie wszystkim Jezusa żyjącego w twej duszy i przez Ciebie objawiającego mi swoją wolę. Matko moja, zdaję sobie doskonale sprawę, że traktujesz mnie jak duszę słabą, jak rozpieszczone dziecko, dlatego nietrudno mi znosić ciężar posłuszeństwa, ale przypuszczam, w oparciu o to co w głębi odczuwam, że gdybyś nawet zechciała traktować mnie surowo, nie zmieniłoby to mego postępowania, ani nie osłabiło miłości ku Tobie, bo i w tym widziałabym wolę Jezusa, który w ten sposób posługuje się Tobą dla jak największego dobra mojej duszy.

W tym roku, moja droga Matko, Dobry Bóg udzielił mi łaski zrozumienia na czym polega miłość bliźniego; przedtem rozumiałam ją, to prawda, ale w sposób niedoskonały, nie zgłębiłam jeszcze tych słów Jezusa: "Drugie przykazanie jest PODOBNE pierwszemu: Będziesz miłował bliźniego twego jak siebie samego" (30). Starałam się przede wszystkim kochać Boga, a miłując Go zrozumiałam, że trzeba, by miłość moja wyrażała się nie tylko słowami, bo: "Nie ci, którzy mówią: Panie, Panie! wejdą do królestwa Niebieskiego, ale ci, którzy czynią wolę Bożą" (31). Wolę tę dawał mi Jezus poznać wiele razy, mogę powiedzieć, że prawie z każdej strony swej Ewangelii, ale podczas Ostatniej Wieczerzy, kiedy czuł, że serca uczniów płoną najgorętszą miłością ku Niemu, który dopiero co dał się im w niewypowiedzianej tajemnicy swej Eucharystii, ten słodki Zbawiciel chce im dać przykazanie nowe. Powiedział im z niewymowną tkliwością:

"Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, abyście tak, JAK JA WAS UMIŁOWAŁEM I WY WZAJEMNIE SIĘ MIŁOWALI. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali" (32).

W jaki sposób Jezus miłował swych uczniów i dlaczego ich miłował? O! nie mogły Go pociągnąć ich zalety naturalne; nieskończona odległość dzieliła Go od nich. On był wiedzą, Wiekuistą Mądrością, oni byli biednymi grzesznikami, ludźmi prostymi i pełnymi przyziemnych myśli. Mimo to Jezus nazywa ich swymi przyjaciółmi, swymi braćmi (33). Chce, ażeby panowali z Nim razem w królestwie Jego Ojca i pragnie umrzeć na krzyżu, aby im to królestwo otworzyć, ponieważ sam powiedział: Nie ma większej miłości, jak dać swe życie za tych, których się miłuje (34).

Matko ukochana, rozważając te słowa Jezusa, zrozumiałam, jak niedoskonale kocham moje siostry, i spostrzegłam, że nie taką miłością kocha je Dobry Bóg. Ach! Teraz pojmuję, że doskonała miłość bliźniego polega na tym, by znosić błędy innych, nie dziwić się wcale ich słabościom, budować się nawet najdrobniejszymi aktami cnót, które u nich spostrzegamy. Przede wszystkim jednak zrozumiałem, że miłość bliźniego nie powinna pozostawać zamknięta w głębi serca. Nikt, powiedział Jezus, nie zapala pochodni, by ją wsadzić pod korzec, ale stawia ją na świeczniku, aby oświecała WSZYSTKICH, którzy są w domu (35). Zdaje mi się że ta pochodnia wyobraża miłość bliźniego, która winna oświecać, rozweselać, nie tylko moich najdroższych, ale WSZYSTKICH, którzy są w domu, nie wyłączając nikogo.

Kiedy Pan rozkazał swemu ludowi kochać bliźniego jak siebie samego (36), wtedy nie był jeszcze zstąpił na ziemię; wiedząc zaś dobrze, jak dalece człowiek kocha siebie samego, nie mógł nakazać swoim stworzeniom większej miłości bliźniego. Ale skoro Jezus dał swym apostołom przykazanie nowe, SWOJE WŁASNE PRZYKAZANIE (37), to - jak powie dalej - mają miłować bliźniego nie tylko jak siebie samych, lecz miłować tak, jak On, Jezus ich kocha, jak miłować będzie aż do skończenia wieków.

Ach! Panie, ja wiem, że Ty nie nakazujesz rzeczy niemożliwych, znasz lepiej ode mnie moją słabość, moją niedoskonałość, wiesz dobrze, że nigdy nie mogłabym kochać mych sióstr tak, jak Ty je kochasz, jeżeli Ty sam, o mój Jezu, nie będziesz ich kochał we mnie. Chcąc mi udzielić tej łaski, dałeś przykazanie nowe. O! jakże jest mi ono drogie, ponieważ daje mi pewność, że chcesz kochać we mnie tych wszystkich, których rozkazałeś mi miłować...

O tak, czuję to, że kiedy jestem miłosierna, wtedy Jezus sam działa we mnie; im mocniej jestem z Nim zjednoczona, tym bardziej kocham wszystkie moje siostry. Kiedy chcę spotęgować w sobie tę miłość, a szatan usiłuje podsunąć mi przed oczy duszy błędy tej lub tamtej siostry, dla mnie mniej sympatycznej, spieszę, by wynaleźć jej cnoty i dobre pragnienia; mówię sobie, że zobaczyłam tylko jeden jej upadek, a może odniosła ona wiele zwycięstw, które przez pokorę ukryła i że to, co zdaje się być błędem, może ze względu na intencje być aktem cnoty. Nietrudno mi siebie o tym przekonać, bo sama na sobie doświadczyłam, jak to nigdy nie można sądzić. - Było to podczas rekreacji; siostra kołowa zadzwoniła dwa razy; trzeba było otworzyć bramę klauzurową robotnikom, którzy mieli wnieść drzewka przeznaczone do żłóbka. Rekreacja nie była wesoła, bo nie było Ciebie, moja droga Matko, toteż pomyślałam, że jeśli mnie zawołają do pomocy (38), będę bardzo zadowolona; właśnie matka Podprzeorysza powiedziała, bym poszła usłużyć ja albo siostra, która była koło mnie; natychmiast zaczęłam zdejmować fartuszek, ale dosyć spokojnie, aby moja towarzyszka mogła mnie w tym uprzedzić, sądziłam bowiem, że będzie jej miło pójść pomóc. Siostra zastępująca szafarkę z uśmiechem patrzyła na nas i widząc, że wstałam ostatnia, powiedziała do mnie: "AXch! dobrze wiedziałam, że nie przydasz tej perły do swej niebieskie) korony; zbyt wolno zabierałaś się do tego..."

Z pewnością całe zgromadzenie uważało, że postąpiłam tak pod wpływem natury, a mnie trudno wypowiedzieć, jak zbawienne dla mej duszy było to drobne zdarzenie i jak uczyniło mnie pobłażliwą dla słabości innych. Chroni mnie teraz także od próżności, kiedy jestem chwalona, bo wtedy mówię sobie: Skoro moje małe akty cnoty bierze się za niedoskonałość, to można się równie dobrze mylić, biorąc za cnotę to, co jest niedoskonałością. Mówię więc ze św. Pawłem: Bardzo mało mnie smuci być sądzoną przez jakikolwiek trybunał ludzki. Nie sądzę siebie samej; tym, który mnie sądzi, jest PAN (39). Aby więc uczynić sobie ten sąd bardziej przychylnym, albo raczej, by nie być wcale sądzoną, chcę zawsze z miłością myśleć o wszystkich, bo Jezus powiedział: Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni (40).

Moja Matko, czytając to co napisałam, sądzić możesz, że pełnienie cnoty miłości bliźniego nie sprawia mi trudności. To prawda, że od kilku miesięcy praktyka tej pięknej cnoty już mnie wewnętrznie nie kosztuje, co nie znaczy, że nigdy w tej dziedzinie nie popełniam błędów. O! jestem na to zbyt niedoskonała, ale nie sprawia mi wiele trudności podnieść się po upadku, ponieważ z innej walki wyszłam zwycięsko; teraz przybywają mi na pomoc także zastępy niebieskie, jak gdyby nie chciały dopuścić, abym miała ulec po tak wspaniałym zwycięstwie w walce, którą postaram się opisać.

Jest w zgromadzeniu siostra, która ma talent drażnienia mnie na każdym kroku; jej zachowanie, jej słowa, jej usposobienie wydają mi się bardzo nieprzyjemne. Tymczasem jest to święta zakonnica, która musi być bardzo mila Panu Bogu. Nie chcąc ulec naturalnej antypatii, jaką odczuwałam, powiedziałam sobie, że miłość bliźniego nie powinna opierać się na uczuciach, ale wyrażać się w czynach; postanowiłam więc postępować wobec tej siostry tak, jak postępowałabym względem najdroższej mi osoby. Za każdym razem, ilekroć ją spotkałam, wstawiałam się za nią do Pana Boga, ofiarując Mu jej cnoty i zasługi. Czułam doskonale, że jest to nader miłe Jezusowi, bo czyż jest artysta, który by nie był zadowolony, gdy chwalą jego dzieła? toteż Jezus, Artysta dusz, jest również szczęśliwy, kiedy nie zatrzymując się na tym co zewnętrzne, przenikamy aż do wewnętrznego sanktuarium, które wybrał sobie na mieszkanie, podziwiając jego piękno. Nie poprzestawałam na tym, by modlić się wiele za tę siostrę, która była mi powodem tylu walk, starałam się również oddawać jej wszelkie możliwe przysługi, a gdy miałam pokusę odpowiedzieć jej szorstko, starałam się uśmiechnąć najmilej i zmienić temat rozmowy. Naśladowanie bowiem mówi: Raczej każdego pozostawić przy swoim zdaniu, niż wdawać się w kłótliwe sprzeczki (41).

Często też, jeśli nie było to na rekreacji (mówię o godzinach pracy), a miałam coś do załatwienia z tą siostrą, kiedy moje zmagania były zbyt gwałtowne, uciekałam jak dezerter. Ponieważ ona zupełnie nie domyślała się moich uczuć względem niej, dlatego też nie podejrzewała pobudek mego postępowania i trwała w przekonaniu, że jej charakter bardzo mi się podoba. Pewnego dnia podczas rekreacji powiedziała mi z miną bardzo zadowoloną te mniej więcej słowa: "Powiedz mi S. T. od Dz. Jezus, co cię tak do mnie pociąga, bo za każdym razem kiedy na mnie spojrzysz, widzę, że się uśmiechasz?" Co mnie pociągało, to Jezus ukryty w głębi jej duszy... Jezus, który czyni słodkimi rzeczy najbardziej gorzkie... (42) Odpowiedziałam jej, że się uśmiecham, ponieważ cieszę się widząc ją (nie dodałam naturalnie, że to ze względu widzenia duchowego).

Wspominałam Ci Matko ukochana, że moim ostatecznym środkiem, by nie ulec w walce, jest ucieczka; tego środka używałam stale podczas mego nowicjatu i zawsze z wielkim powodzeniem. Opowiem Ci, moja Matko, jeden przykład, który na pewno Cię ubawi. Było to w czasie jednego z twych bronchitów; będąc zakrystianką, przyszłam rano cichuteńko oddać klucze od kraty, przy której przyjmujemy Komunię św.; w głębi duszy nie odczuwałam przykrości, że mam okazję Ciebie zobaczyć; bardzo cieszyłam się z tego, ale usiłowałam nie dać poznać po sobie. Jedna z sióstr, która równocześnie bardzo mnie lubiła, widząc mnie wchodzącą do Ciebie, moja Matko, i przypuszczając, że chcę Cię obudzić, ożywiona świętym zapałem usiłowała odebrać mi klucze; nie byłam tak naiwna, by jej oddać je i zrzec się mych praw. Powiedziałam jej możliwie najgrzeczniej, że ja równie jak ona wcale nie pragnę Cię obudzić i że do mnie należy oddanie kluczy... Teraz rozumiem, że o wiele doskonalej było by ustąpić tej siostrze, młodej co prawda, ale ostatecznie starszej ode mnie. Wtedy tego nie rozumiałam, chciałam więc koniecznie wejść, mimo że ona zamykała drzwi, aby uniemożliwić mi przejście. Wkrótce nastąpiło nieszczęście, którego obawiałyśmy się obie: na skutek hałasu, któryśmy zrobiły, otwarłaś oczy... Wszystko spadło na mnie. Biedna siostra, której się sprzeciwiałam, wygłosiła całą przemowę, o takiej mniej więcej treści:

To Siostra T. od Dz. Jezus narobiła hałasu... Boże, jaka ona jest nieprzyjemna... itd. Uważając, że jest zupełnie przeciwnie, miałam ochotę się bronić; na szczęście oświeciła mnie myśl i powiedziałam sobie, że skoro tylko zacznę się usprawiedliwiać, na pewno nie będę mogła zachować pokoju duszy; czułam również, że nie posiadam dostatecznej cnoty, by w milczeniu pozwolić się oskarżać; ostatnią moją deską ratunku stała się więc ucieczka. Jak pomyślałam, tak natychmiast zrobiłam; odeszłam bez hałasu (43) zostawiając siostrę, która ciągnęła dalej swoje przemówienie podobne do złorzeczeń Kamilusa przeciw Rzymowi. Serce biło mi tak silnie, że nie byłam w stanie iść dalej; usiadłam na schodach, by radować się w pokoju owocami mego zwycięstwa. Osobliwe to było męstwo, nieprawdaż, Matko droga?... ale sądzę, że czasem lepiej nie narażać się na walkę, kiedy jest się pewnym przegranej. Niestety! gdy przenoszę się myślą w czasy mego nowicjatu, widzę, jak byłam niedoskonałą... Martwiłam się z powodu drobnych rzeczy, z których teraz się śmieję. O! jak dobry jest Pan, że pozwolił wzrosnąć mej duszy, że jej dał skrzydła... Wszystkie sieci myśliwych nie mogą mnie przestraszyć bo: "Na próżno zarzuca się sieć przed oczyma skrzydlatych" (Prz) (44). Na pewno po jakimś czasie także chwila obecna wyda mi się jeszcze pełna niedoskonałości; ale niczemu już się nie dziwię ani się nie martwię widząc, że jestem samą słabością, przeciwnie, właśnie w niej się chlubię (45) i codziennie spodziewam się odkryć w sobie nowe niedoskonałości. Pamiętając, że miłość zakrywa mnóstwo grzechów (46), czerpię z tej niezgłębionej kopalni, którą Jezus otworzył przede mną. Pan daje wyjaśnienie w Ewangelii na czym polega Jego nowe przykazanie. Mówi On u św. Mateusza: "Słyszeliście, że powiedziano: Będziecie miłować waszych przyjaciół a nienawidzić nieprzyjaciół. Ja zaś mówię wam: miłujcie waszych nieprzyjaciół, módlcie się za tych, którzy was prześladują" (47). W Karmelu oczywiście nie spotyka się nieprzyjaciół, ale ostatecznie zdarzają się sympatie; czuje się pociąg do jednej siostry, podczas gdy inną okrąża się, aby uniknąć spotkania, i tak bezwiednie staje się ona przedmiotem prześladowania. Tymczasem Jezus mówi mi, że tę siostrę trzeba kochać, trzeba się za nią modlić, mimo że jej zachowanie zdaje się wskazywać na brak miłości z jej strony. "Jeśli miłujecie tych, którzy was kochają, jakaż stąd dla was wdzięczność? Toć i grzesznicy miłość okazują tym, którzy ich miłują" (48). Nie wystarczy kochać, trzeba tego dowieść. Doznaje się naturalnej radości, gdy można zrobić prezent przyjacielowi, zwłaszcza gdy zrobimy mu nim niespodziankę; ale to nie jest znakiem miłości bliźniego, bo grzesznicy czynią tak samo. Oto, czego jeszcze nauczył mnie Jezus: "Daj KAŻDEMU, kto cię prosi, a nie dopominaj się od tego, który BIERZE twoje" (49). Dawanie wszystkim, którzy proszą, sprawia mniejszą przyjemność, niż pójście za porywem serca; dokąd jeszcze proszą grzecznie - dawanie nie kosztuje, ale jeżeli na nieszczęście użyją słów niezbyt delikatnych, dusza - o ile nie jest ugruntowana w miłości - natychmiast się zbuntuje. Znajduje się wtedy tysiąc powodów, by prośbie odmówić i dopiero, gdy przekonamy proszącego o jego niedelikatności, dajemy w końcu z łaski to, czego od nas żądano, czy też oddajemy drobną przysługę, o którą byliśmy proszeni, a która zabrałaby dwadzieścia razy mniej czasu niż dochodzenie urojonych praw. Jeśli trudno jest dawać, gdy nas proszą, to jeszcze trudniej jest pozwolić wziąć to, co do nas należy, nie żądając zwrotu. Moja Matko, mówię, że jest to trudne, a powinnam raczej powiedzieć, że wydaje się trudnym, bo Jarzmo Pana jest słodkie i lekkie (50); kiedy się je przyjmie, natychmiast czuje się jego słodycz i woła się z Psalmistą: "POBIEGŁEM drogą Twoich przykazań, odkąd rozszerzyłeś mi serce" (51). Jedynie miłość bliźniego może rozszerzyć moje serce. O Jezu, odkąd trawi je ten słodki płomień, z radością biegnę drogą Twego NOWEGO przykazania... Chcę nią biec aż do błogosławionego dnia, kiedy to włączywszy się w dziewiczy orszak będę mogła postępować za Tobą w bezkresach, śpiewając Twą pieśń NOWĄ (52), która będzie pieśnią Miłości.

Wspomniałam, że Jezus nie chce, bym się upominała o to, co do mnie należy; to zdaje się być łatwe i naturalne, ponieważ nie posiadam niczego. Dóbr ziemskich wyrzekłam się ślubem ubóstwa; nie mam więc prawa skarżyć się, że zabrano mi rzecz, która do unie nie należy, przeciwnie, powinnam cieszyć się, gdy danym mi jest odczuwać ubóstwo. Niegdyś zdawało mi się, że nie dbam o nic, ale odkąd zrozumiałam słowa Jezusa, spostrzegłam, że w różnych okazjach jestem bardzo niedoskonała. Na przykład: wiem doskonale, że przy pracy malarskiej nic nie jest moje; niemniej jednak, kiedy zabierając się do pracy znajduję pędzla i farby w nieporządku, jeśli gdzieś znikła linijka lub ołówek, cierpliwość dochodzi do kresu i muszę zebrać całą odwagę, nie upominać się z goryczą o brakujące przedmioty. Bardzo często jesteśmy zmuszeni prosić o rzeczy konieczne, jeśli to jednak czynimy z pokorą, nie przekraczamy przykazania Jezusa, przeciwnie, postępujemy jak ubodzy, którzy wyciągają rękę, aby otrzymać to, co jest im niezbędne; nie dziwią się oni, jeśli ich prośba zostanie odrzucona, bo od nikogo nic się im nie należy. Ach! Jakiż pokój zalewa duszę, gdy wznosi się ponad uczucia naturalne... Nie, nic nie da się porównać z radością, jakiej kosztuje prawdziwie ubogi w duchu. Jeśli prosi z oderwaniem o rzecz konieczną i gdy nie tylko mu jej odmówią, ale jeszcze usiłują zabrać mu to, co posiada, idzie wówczas za radą Jezusa: "Temu, który chce prawować się z tobą i twoją suknię wziąć, oddaj i płaszcz" (53).

Oddać płaszcz znaczy to - jak mi się zdaje - wyrzec się do ostatka swych praw, uważać się za sługę, niewolnika innych. Kiedy pozbędziemy się swego płaszcza, wtedy łatwiej jest iść, biec, dlatego Jezus dorzuca: "Jeśli kto przymusi cię, byś szedł z nim tysiąc kroków, idź z nim dwa tysiące" (54). Nie dosyć więc dać każdemu, ktokolwiek mnie prosi (55), trzeba uprzedzić jego pragnienia, dać do zrozumienia, że oddawanie usługi uważa się za obowiązek, za wielki zaszczyt; jeśli zaś zabiorą nam rzecz służącą do naszego użytku, nie powinno się zdradzać żalu, przeciwnie, trzeba okazać szczęście, że nas od tego uwolniono (56). Moja droga Matko, bardzo daleko mi do praktykowania tego, co tak dobrze zrozumiałam, ale już samo pragnienie daje mi pokój.

Dziś bardziej niż w inne dni czuję, jak niesłychanie źle się wyrażam. Napisałam coś w rodzaju, rozprawy o miłości bliźniego, której lektura na pewno Cię zmęczy; przebacz mi, Matko ukochana i pomyśl sobie, że w tej właśnie chwili infirmerki spełniają wobec mnie to, o czym piszę; nie wahają się zrobić dwa tysiące kroków tam, gdzie wystarczyło by dwadzieścia; mogłam więc podziwiać miłość bliźniego w czynie! Bez wątpienia, dusza moja winna się tym zachwycać; ale umysł mój - przyznaję - jest trochę skrępowany wobec takiego poświęcenia i pióro straciło swój polot. Na to, bym mogła wypowiedzieć swoje myśli, trzeba mi być jak wróbel na dachu (57), a to zdarza się bardzo rzadko. Zaledwie wezmę pióro do ręki, oto przechodzi koło mnie jakaś dobra siostrzyczka z widłami na ramieniu. Sądzi, że mnie zabawi małą pogawędką: siano, kaczki, kury, wizyta doktora, wszystko znajduje się na tapecie. Co prawda nie trwa to długo, ale jest więcej takich miłosiernych siostrzyczek; a oto znów inna, rozrzucająca siano, składa na mych kolanach kwiaty, być może w przekonaniu, że staną się one dla mnie źródłem poetyckiego natchnienia. Lecz ja go w tej chwili nie szukam, i wolałabym, aby te kwiaty nadal kołysały się na swych łodygach. Wreszcie zmęczona zamykaniem i otwieraniem owego sławnego zeszytu, otwieram książkę (która ciągle się zamyka) i odpowiadam śmiało, że przepisuję myśli z Psalmów i Ewangelii na imieniny Naszej Matki (58). I jest to rzeczywiście prawdą, ponieważ nie szczędzę cytatów... Matko droga, zabawiłabym Cię, jak sądzę, opowiadając Ci wszystkie moje przygody w zaroślach Karmelu; nie wiem czy mogłam napisać dziesięć linii, aby mi nie przerwano; nie powinno mnie to śmieszyć ani bawić, lecz przez miłość dla Boga i mych sióstr (tak miłosiernych dla mnie) staram się wyglądać na zadowoloną, a przede wszystkim być nią istotnie... Masz tobie, oto jeszcze jedna siostra odchodzi od sianokosów, by powiedzieć mi współczującym tonem: "Moja biedna siostrzyczko, jakże to musi cię męczyć tak pisać cały dzień". - "Bądź spokojna - odpowiadam jej, to tylko tak się wydaje, że ja dużo piszę, w rzeczywistości nie piszę prawie nic". - "Tym lepiej - odpowiada z zadowoloną miną - ale bądź co bądź, cieszę się, że właśnie zbieramy siano, bo to zawsze trochę cię rozerwie". Istotnie, jest to dla mnie tak wielka rozrywka (nie licząc odwiedzin infirmerek), iż wcale nie kłamię twierdząc, że prawie nic nie piszę.

Na szczęście niełatwo mnie zniechęcić; by Ci to okazać, moja Matko, skończę wyjaśniać Ci to, co Jezus dał mi zrozumieć odnośnie miłości bliźniego. Dotychczas mówiłam o czynach zewnętrznych; teraz chciałabym Ci zwierzyć, jak rozumiem miłość czysto duchową. Jestem najmocniej przekonana, że wkrótce nie omieszkam pomieszać jednej z drugą, ale ponieważ mówię to, moja Matko, do Ciebie na pewno nie będzie Ci trudno uchwycić moją myśl i rozwikłać pasmo splątane przez twoje dziecko.

W Karmelu nie zawsze jest możliwość praktykowania dosłownie nakazów Ewangelii; czasem obowiązek każe nam odmówić jakiejś usługi; niemniej jednak, jeśli miłość bliźniego zapuściła głębokie korzenie w duszy, wtedy okaże się ona na zewnątrz. Istnieje tak miły sposób odmówienia, w wypadku, kiedy nie można oddać usługi, że sama odmowa może się stać równie przyjemną jak dar. To prawda, że jest mniej krępujące poprosić o przysługę siostrę, która jest zawsze do niej gotowa;

Jezus jednak mówi: "Nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie" (59). Tak więc pod pretekstem, że będzie się zmuszoną odmówić, nie powinno się omijać sióstr, które mają zwyczaj stale prosić o przysługi. Nie należy też zwiększać swej usłużności w celu popisania się, albo w nadziei, że kiedy indziej ta siostra będzie się czuła w obowiązku odwzajemnić usługę, bo Pan Nasz powiedział także: "Jeśli dobrze czynicie tym tylko, od których spodziewacie się zapłaty, to jakaż będzie wdzięczność wasza? bo grzesznicy również pożyczają grzesznikom, by tyleż samo otrzymać. Wy natomiast czyńcie dobrze i POŻYCZAJCIE NICZEGO SIĘ NIE SPODZIEWAJĄC, a wasza nagroda będzie wielka" (60). O tak! nagroda jest wielka już tu na ziemi... na tej drodze tylko pierwszy krok kosztuje. Pożyczać, niczego się nie spodziewając, to wydaje się trudne dla natury; wolimy dawać, bo rzecz dana już więcej do nas nie należy. Oto przychodzi ktoś do ciebie, mówiąc z całą pewnością: "Siostro, potrzebuję twojej pomocy przez kilka godzin, ale bądź spokojna, mam pozwolenie naszej Matki i oddam ci czas mi poświęcony, bo wiem, jak się spieszysz". Rzeczywiście, gdy się wie, że nie oddadzą nam pożyczonego czasu, powiedziało by się chętniej:

"Ofiaruję ci go". To zadowoliłoby miłość własną, ponieważ bardziej wspaniałomyślnie jest dawać niż pożyczać, a przy tym dało by się siostrze do zrozumienia, że nie liczy się na jej usługi... Ach! pouczenia Jezusa są tak przeciwne skłonnościom natury! Bez pomocy łaski niemożliwością było by nie tylko zacząć je praktykować, ale nawet zacząć rozumieć.

* * *

(1) Matka Maria od św. Gonzagi, wybrana przeoryszą 24 marca 1896 roku, objęła ponownie ten urząd po trzyletnim przełożeństwie matki Agnieszki od Jezusa.

(2) Por. Ps 88, 2.

(3) Polecenie dalszego spisywania swych wspomnień otrzymała Teresa 3 czerwca 1897 r., na skutek interwencji m. Agnieszki od Jezusa u m. Marii od św. Gonzagi.

(4) Dzień jej profesji, 8 września 1890 r.

(5) Por. Ps 125, 5-6. Teresa z nadzwyczajną delikatnością robi aluzję do powtórnego, bardzo trudnego wyboru matki Marii od św. Gonzagi na przełożeństwo. Patrz list CLXX, z dnia 29 czerwca 1896 r., do m. Marii Gonzagi.

(6) Por. Tb 12, 7.

(7) Iz 3, 10.

(8) Prz 9, 4.

(9) Iz 66, 13, 12.

(10) Ps 70, 17-18.

(11) Por. Ps 89, 4.

(12) Chodzi tu o pomoc w kierowaniu nowicjatem.

(13) J 21, 15.

(14) Matka Maria od św. Gonzagi zostawszy przeoryszą zachowała mimo wszystko tytuł i oficjalne obowiązki mistrzyni nowicjatu. "Małymi barankami" nazywa Teresa nowicjuszki, "owcami" - zakonnice profeski.

(15) Por. Mt 11, 25.

(16) Ps 118, 141.

(17) Ps 118, 100, 105, 60.

(18) Chodzi tu o próbę wiary, która zaczęła się w święta Wielkanocy 1896 r.

(19) Por. Mt 25, 6.

(20) Wielki Piątek matka przeorysza przemawia krótko na temat miłości i siostry przepraszają się wzajemnie wymieniając uścisk.

(21) Por. J 1, 5 i 9.

(22) Por. Łk 18, 13.

(23) Ps 91, 5.

(24) Ta data wpisana jest ołówkiem u dołu strony rękopisu. Przypomina ona drugą rocznicę Aktu ofiarowania się Miłości miłosiernej (9 czerwca 1895 r.).

(25) Nowenna zaczęła się 5 czerwca 1897 r.

(26) Ps 143, 12.

(27) Ps 132, 1.

(28) 2 sierpnia 1896 r. ojciec Roulland, duchowy brat Świętej, odpłynął okrętem wraz z innymi misjonarzami z Marsylii do Chin.

(29) To zdanie Teresy trzeba odczytywać w kontekście jej poprzednich wypowiedzi świadczących o tym, jak pojmowała wymagania zakonnego ubóstwa.

(30) Mt 22, 39.

(31) Mt 7, 21.

(32) J 13, 34-35.

(33) Por. J 15, 15, 20, 17.

(34) J 15, 13.

(35) Mt 5, 15.

(36) Por. Kpł 19, 18.

(37) Por. J 15, 12.

(38) Teresa używa tu określenia "detierce - jako tiers". Nazywano tak dawniej zakonnicę, która asystowała przy wpuszczaniu osób obcych (pracowników) do klauzury.

(39) 1 Kor 4, 3-4.

(40) Łk 6, 37.

(41) O naśladowaniu Chrystusa, ks. III, r. 44, 1.

(42) Por. tamże, ks. III, r. 5, 3.

(43) Teresa używa tu francuskiego zwrotu "bez bębna i trąbki" nie mającego odpowiednika w języku polskim.

(44) Prz 1, 17.

(45) Por. 2 Kor 12, 5.

(46) Prz 10, 12.

(47) Mt 5, 43-44.

(48) Łk 6, 32.

(49) Łk 6, 30.

(50) Mt 11, 30.

(51) Ps 118, 32.

(52) Por. Ap 14, 3.

(53) Mt 5, 40.

(54) Mt 5, 41.

(55) Por. Łk 6, 30.

(56) Tego ostatniego zdania Teresy nie można zbytnio uogólniać ani przenosić w dziedzinę społeczną. Należy je rozumieć zgodnie z kontekstem, mianowicie, że ubogim "od nikogo nic się nie należy" według przekonania ich samych, myślących według ducha ewangelicznego oderwania.

(57) Por. Ps 101, 7.

(58) Imieniny matki Marii od św. Gonzagi przypadały 21 czerwca, w dzień św. Alojzego Gonzagi.

(59) Mt 5, 42.

(60) Łk 6, 34-35.

Krakowska Prowincja Karmelitów Bosych: www.karmel.pl

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież


Sonda

Czy przedsoborowa Msza Trydencka? (po łacinie)
 

Polecany link, kliknij

Reklama

Kto jest teraz on-line

Naszą witrynę przegląda teraz 187 gości