Dzieje duszy Rozdział III
Czytelnia - DZIEJE DUSZY - św - św. Teresa od Dzieciątka Jezus

Dzieje duszy
Św. Teresa od Dzieciątka Jezus (Teresa Martin)

Rozdział III

Nauka u Benedyktynek

Dziecięce zabawy. Pierwsza Komunia święta Celinki. Paulinka wstępuje do Karmelu. Teresa zapada na zdrowiu. Obłóczyny Paulinki. Tajemnicza choroba. Uśmiech Najświętszej Panny.

Miałam lat osiem i pół, kiedy Leonia opuściła pensję a ja zajęłam jej miejsce w Opactwie (1). Często słyszałam, że czas spędzony na pensji jest najlepszym i najmilszym okresem życia; tego nie można powiedzieć o mnie. Pięć lat, które tam spędziłam, to najsmutniejsze lata mego życia; gdybym nie miała przy sobie mojej kochanej Celiny, rozchorowałabym się przed upływem miesiąca... Biedny mały kwiatek przyzwyczajony był zapuszczać swe słabe korzenie w wybraną ziemię, przygotowaną specjalnie dla niego; jakże ciężko mu było, gdy znalazł się pośród kwiatów wszystkich gatunków, mających często niezbyt delikatne korzenie, i był zmuszony czerpać konieczne do życia soki ze wspólnej ziemi!...

Tak dobrze mnie przygotowałaś, moja Matko, że przybywając na pensję, umiałam więcej niż pozostałe dzieci w moim wieku; umieszczono mnie w klasie uczennic o wiele większych ode mnie. Jedna z nich, mająca trzynaście czy czternaście lat, była niezbyt inteligentna, ale potrafiła imponować uczennicom a nawet nauczycielkom. Widząc, że chociaż tak maleńka, jestem prawie zawsze pierwsza w klasie, niewątpliwie doświadczała wybaczalnej u pensjonarki zazdrości i odpłacała mi na tysiąc sposobów za moje małe sukcesy...

Będąc z natury nieśmiałą i delikatną, nie wiedziałam, jak się bronić, i nic nie mówiąc, tylko płakałam; nawet Tobie się nie skarżyłam. Nie posiadałam jednak dostatecznej cnoty, by wznieść się ponad te nędze życia, i moje małe biedne serce cierpiało bardzo... Na szczęście każdego wieczoru odnajdywałam swoje rodzinne ognisko, toteż radość wstępowała w moje serce; wskakiwałam na kolana mego Króla, opowiadając mu o otrzymanych stopniach, a jego pocałunek pozwalał mi zapomnieć o wszystkich troskach... Z jakąż radością obwieściłam wynik mojej pierwszej klasówki (zadanie z Historii świętej); tylko jeden punkt brakował mi do zdobycia stopnia celującego; nie znałam imienia ojca Mojżesza. Byłam więc pierwsza i przyniosłam piękną srebrną odznakę. W nagrodę dał mi Tatuś śliczną małą monetę, cztery sous, którą włożyłam do szkatułki przeznaczonej do tego, by w każdy czwartek przyjmować nową monetę, zawsze tej samej wielkości... (z tej to szkatułki czerpałam, ilekroć w wielkie święta chciałam dać z mojej kasy ofiarę podczas zbiórki na rozszerzanie Wiary lub inne podobne dzieło). Paulina, zachwycona sukcesami swej małej uczennicy, podarowała mi piękne "serso" (2) chcąc mnie zachęcić do dalszej pilności w nauce. Biedna mała rzeczywiście potrzebowała tych rodzinnych radości, bez których jej życie na pensji byłoby zbyt ciężkie.

Popołudnie czwartkowe było wolne, ale to już nie to samo co wolne Pauliny; nie spędzałam go w "belwederze" wspólnie z Tatusiem... Trzeba było bawić się nie tylko z Celiną - bardzo lubiłam być tylko z nią - ale także z moimi kuzyneczkami i małymi Maudelonde; (3) była to dla mnie prawdziwa przykrość. Nie umiejąc bawić się, jak inne dzieci, nie byłam miłą towarzyszką zabaw, mimo że czyniłam wszystko co mogłam, by naśladować inne, robiłam to bez powodzenia i bardzo się nudziłam, zwłaszcza, gdy trzeba było przez całe popołudnie tańczyć kadryla. Jedyną rzeczą, która sprawiała mi przyjemność, była wyprawa do ogrodu gwiazdy (4), toteż byłam tam wszędzie pierwsza, zbierałam mnóstwo kwiatów, a ponieważ wiedziałam, gdzie można znaleźć najpiękniejsze, wzbudzałam tym zazdrość u małych towarzyszek...

Cieszyłam się również, gdy czasem przypadkiem znalazłam się sama z małą Marią - bez Celiny Maudelonde, która zaciągała nas do zwykłej zabawy - ponieważ ta zostawiała mi wolność wyboru i wybierałam zawsze zupełnie nową zabawę. Maria i Teresa stawały się dwoma pustelnikami mającymi jedynie ubogi szałas, pólko zboża i odrobinę jarzyn, które uprawiali. Życie ich upływało na nieprzerwanej kontemplacji, to znaczy, że jeden z pustelników zajmował miejsce drugiego na modlitwie, gdy tamtemu przypadło z kolei zajmować się życiem czynnym. Wszystko to odbywało się w milczącym porozumieniu, w sposób najdoskonalej zakonny. Kiedy przychodziła Ciocia i brała nas na spacer, nawet na ulicy nie przerywałyśmy naszej zabawy. Obaj pustelnicy odmawiali wspólnie różaniec na palcach, by nie okazywać swej pobożności niedyskretnym przechodniom. Aż tu pewnego dnia najmłodszy pustelnik zapomniał się; otrzymawszy na podwieczorek ciastko, zrobił wielki znak krzyża, co wywołało śmiech wszystkich profanów wieku...

Byłyśmy z Marią zawsze tego samego zdania, miałyśmy do tego stopnia podobne upodobanie, że kiedyś nasze zjednoczenie woli przeszło wszelkie granice. Wracając wieczorem z Opactwa, powiedziałam do Marii: "Prowadź mnie, ja zamknę oczy" - "Ja chcę także zamknąć" odpowiedziała mi. Od słów do czynu; bez dyskusji każda z nas spełniła swoją wolę... Znajdowałyśmy się na chodniku, nie było więc obawy co do pojazdów. Po miłym kilkuminutowym spacerze, podczas którego rozkoszowałyśmy się "chodzeniem na ślepo", dwa małe roztrzepańce przewróciły się razem na skrzynie stojące przed drzwiami sklepu, ale nie na tym koniec, przewróciły również skrzynie. Rozgniewany kupiec wybiegł zbierać swój towar, a dwaj dobrowolni ślepcy poderwali się sami i poszli wielkimi krokami z szeroko otwartymi oczyma, słuchając słusznych wymówek Joanny, rozgniewanej równie jak kupiec!... Postanowiła nas za karę rozdzielić i od tego dnia Maria i Celina chodziły razem, a ja odbywałam drogę z Joanną. To położyło kres naszemu wielkiemu zjednoczeniu woli, a i starszym nie wyszło na złe, bo w przeciwieństwie do nas nie miały nigdy tego samego zdania i sprzeczały się przez całą drogę. Tak oto zapanował całkowity pokój.

Nie wspomniałam jeszcze nic o mojej zażyłości z Celiną. Ach! gdyby mi przyszło opowiedzieć wszystko, nigdy bym nie skończyła...

W Lisieux role się zmieniły; z Celiny zrobił się mały, psotny figlarz, Teresa natomiast stała się dzieckiem łagodnym, ale nadmiernie skłonnym do płaczu. Mimo to Celina i Teresa kochały się coraz bardziej. Nieraz wynikały między nimi sprzeczki, ale nie było to nic poważnego i w gruncie rzeczy były zawsze tego samego zdania. Mogę wyznać, że moja kochana siostrzyczka nit zrobiła mi nigdy przykrości; była dla mnie promieniem słońca, zawsze mnie rozweselała i pocieszała... Któż zdoła wypowiedzieć jak dzielnie broniła mnie w Opactwie, gdy byłam oskarżana?... Tak się troszczyła o moje zdrowie, że mnie to już czasem nużyło. Bez znużenia natomiast potrafiłam patrzeć jak się bawiła; ustawiała w szeregu cały zastęp naszych laleczek i prowadziła z nimi lekcje jak prawdziwa nauczycielka dbając jednak o to, by jej córeczki okazywały się zawsze mądre, moje natomiast były często wyrzucane za drzwi za złe sprawowanie... Mówiła mi często, czego uczono w jej klasie, co mnie bardzo bawiło i uważałam ją za niewyczerpane źródło wiedzy. Tytułowano mnie "córeczką Celiny", a gdy ona była na mnie zagniewana, najwyższą oznaką jej niezadowolenia było stwierdzenie: "Nie jesteś już moją córeczką, skończone, zapamiętaj to sobie na zawsze!..." Nie pozostawało mi więc nic innego, tylko płakać jak Magdalena i błagać ją, by mnie uważała nadal za swoją córeczkę; wkrótce ściskała mnie i obiecywała, że nie będzie już o niczym pamiętać!... Chcąc mnie pocieszyć, brała jedną ze swych lalek i mówiła do niej: "Moja kochana, uściskaj twoją ciocię". Pewnego razu lalka tak się pospieszyła z serdecznym uściskiem, że włożyła mi swe malutkie rączki do nosa... Celina, która nie zrobiła tego umyślnie, patrzyła ze zdumieniem, jak lalka wisiała mi u nosa; wkrótce ciocia odrzuciła zbyt serdeczny uścisk swojej siostrzenicy i z całego serca się roześmiała z tak niezwykłej przygody.

Najzabawniejszy był widok, jak razem kupowałyśmy w sklepie prezenty, ukrywając się pilnie jedna przed drugą. Dysponując tylko dziesięcioma sou, chciałyśmy mieć pięć albo sześć najrozmaitszych przedmiotów, a musiały to być rzeczy najpiękniejsze. Zachwycone naszymi sprawunkami, z niecierpliwością oczekiwałyśmy Nowego Roku, by móc w końcu ofiarować nasze wspaniałe podarunki. Ta, która zbudziła się pierwsza, spieszyła złożyć drugiej noworoczne życzenia, po czym składałyśmy sobie podarunki i każda zachwycała się otrzymanymi skarbami za dziesięć sou!...

Te małe podarki sprawiały nam prawie tyle samo radości co piękne prezenty noworoczne mojego wuja; były one zresztą dopiero początkiem radości. Tego dnia ubierałyśmy się szybko i każda czatowała, by skoczyć Tatusiowi na szyję; gdy opuszczał swój pokój, w całym mieszkaniu rozlegały się okrzyki radości, a biedny Ojczulek zdawał się być szczęśliwym, widząc nasze zadowolenie... Podarki, które Maria i Paulina dawały swym córeczkom, nie miały zbyt wielkiej wartości, ale również stawały się dla nich powodem wielkiej radości. Ach! w tym wieku nie byłyśmy grymaśne; dusze nasze rozchylały się jak świeże kwiaty, szczęśliwe, że mogą przyjąć poranną rosę... Ten sam powiew kołysał nasze kielichy, i to, co sprawiało radość lub zmartwienie jednej z nas, było tym samym dla drugiej. Tak, nasze radości były wspólne, toteż bardzo głęboko przeżyłam piękny dzień pierwszej Komunii św. drogiej Celiny (5). Mając dopiero siedem lat, nie uczęszczałam jeszcze do Opactwa, zachowałam jednak w sercu najmilsze wspomnienie przygotowania, jakie Ty, droga Matko, odbywałaś z Celiną; co wieczór brałaś ją na kolana i mówiłaś jej o tym wielkim kroku, jaki ją czekał. Ja również słuchałam pilnie, ponieważ chciałam się też przygotować; często mi jednak powtarzałaś, że ja jeszcze nie pójdę, bo jestem za mała, toteż smutek napełniał mi serce i snułam rozważania, że cztery lata to wcale nie za wiele, by przygotować się na przyjęcie Pana Boga...

Któregoś wieczoru słyszałam, jak mówiłaś, że od pierwszej Komunii św. trzeba rozpocząć nowe życie; postanowiłam więc nie czekając na ten dzień, zacząć je natychmiast razem z Celiną... Nigdy nie odczuwałam mocniej swojej miłości dla niej, jak podczas jej trzydniowych rekolekcji; pierwszy raz w życiu byłam z dala od niej, nie spałam w jej łóżku... Pierwszego dnia zapominając, że nie wróci do domu, schowałam dla niej pęczek czereśni, które mi Tatuś kupił, a widząc, że nie przychodzi, bardzo się zasmuciłam. Tatuś pocieszył mnie mówiąc, że jutro zaprowadzi mnie do Opactwa, bym zobaczyła Celinę i dała jej inny pęczek czereśni!... Dzień pierwszej Komunii św. Celiny pozostawił we mnie podobne wrażenia jak dzień mojej własnej.

Budząc się rano, samiuteńka w wielkim łóżku, czułam się przepełniona radością. "To już dziś!... Wielki dzień nadszedł!..." - powtarzałam bez końca. Zdawało mi się, że to ja mam przystąpić do pierwszej Komunii. Jestem przekonana, że sama również otrzymałam w tym dniu wielkie łaski i zaliczam go do najpiękniejszych w mym życiu...

Cofnęłam się nieco wstecz, by przywołać to miłe i słodkie wspomnienie; teraz zamierzam opowiedzieć o bolesnym doświadczeniu, które rozdarło serce małej Tereni, kiedy to Jezus zabrał jej drogą mamusię, jej Paulinę, tak serdecznie kochaną...

Pewnego dnia zwierzyłam się Paulinie, że chcę zostać pustelnikiem i pójść z nią na odległą pustynię, na co ona odpowiedziała, że podziela moje pragnienie i poczeka aż podrosnę i będę mogła odejść. Było to zapewne powiedziane żartem, ale Terenia wzięła całkiem na serio. Jakiż więc był jej ból, gdy któregoś dnia usłyszała, jak jej droga Paulina rozmawiała z Marią o swym rychłym wstąpieniu do Karmelu... Nie wiedziałam co to jest Karmel, ale zrozumiałam, że Paulina mnie opuści, by wstąpić do klasztoru, zrozumiałam, że nie będzie na mnie czekać, że stracę zatem moją drugą Matkę!... Ach! czyż zdołam wypowiedzieć udrękę mego serca?... W jednej chwili pojęłam, czym jest życie; dotychczas nie wydawało mi się tak smutne, ale kiedy ukazało mi całą swoją rzeczywistość spostrzegłam, że jest nieustannym cierpieniem i rozłąką, jąkałam gorzkimi łzami, bo nie wiedziałam jeszcze, co to jest radość płynąca z ofiary; byłam słaba, tak słaba, że uważam za wielką łaskę zdolność przetrzymania tak ciężkiego doświadczenia, które zdawało się przerastać moje siły!... Gdybym mogła stopniowo oswoić się z myślą o odejściu Pauliny nie cierpiałabym tak bardzo, ale ponieważ dowiedziałam się o tym nagle, wiadomość ta przeszyła moje serce niby miecz...

Nigdy nie zapomnę, moja droga Matko, z jaką czułością mnie pocieszałaś... Potem tłumaczyłaś mi życie Karmelu, które ogromnie mi się podobało! Rozważając to, co mi powiedziałaś, poczułam, że Karmel jest tą pustynią, na którą i mnie Pan Bóg wzywa, bym się w niej ukryła... Przeświadczenie o tym było tak mocne, że usuwało z serca wszelką wątpliwość. To nie było marzenie dziecka, które łatwo daje się innym pociągnąć, ale pewność wezwania Bożego; chciałam pójść do Karmelu nie ze względu na Paulinę, ale dla samego Jezusa... Myślałam wiele o rzeczach, których słowami nie sposób wyrazić, a które pozostawiły mi w duszy wielki pokój.

Nazajutrz powierzyłam swoją tajemnicę Paulinie, która uznając moje pragnienie za wolę Niebios, obiecała mi, że niedługo pójdę razem z nią odwiedzić Matkę Przeoryszę i trzeba będzie jej powiedzieć co Pan Bóg dał mi odczuć... Na tę uroczystą wizytę została wybrana Niedziela. W wielkie zakłopotanie wprawiła mnie wiadomość, że Maria G. (6) ma pozostać razem ze mną [w rozmównicy], ponieważ jest jeszcze w wieku, kiedy może widzieć karmelitanki (7). Musiałam więc wymyślić sposób, by móc pozostać samą; przyszła mi wówczas taka myśl: powiedziałam Marii, że mając przywilej zobaczenia Matki Przeoryszy, trzeba być bardzo grzeczną i uprzejmą i dlatego musimy powierzyć jej nasze tajemnice. Powinnyśmy zatem kolejno wychodzić na chwilę, by druga mogła pozostać sama. Maria uwierzyła mi na słowo mimo niechęci do zwierzania tajemnic, których nie miała, i tak jedna po drugiej zostawałyśmy same z naszą Matką (8). Matka Maria od św. Gonzagi wysłuchawszy moich wielkich zwierzeń, uwierzyła w moje powołanie, ale powiedziała mi, że nie przyjmuje się dziewięcioletnich postulantek, a zatem muszę poczekać do szesnastego roku... Pogodziłam się z tym mimo gorącego pragnienia, by wstąpić jak najprędzej i przyjąć pierwszą Komunię św. w dniu Obłóczyn Pauliny... Tego dnia po raz drugi pochwalono mnie. Siostra Teresa od św. Augustyna, która przyszła mnie zobaczyć, nieustannie powtarzała, że jestem urocza... Nie po to przyszłam do Karmelu, aby mnie chwalono, toteż po wyjściu z rozmównicy nie przestawałam powtarzać Panu Bogu, że chcę być karmelitanką tylko dla Niego samego.

Starałam się w pełni korzystać z [obecności] mej drogiej Pauliny podczas tych kilku tygodni, kiedy pozostawała jeszcze w świecie. Codziennie obie z Celiną kupowałyśmy jej ciastko i cukierki w przekonaniu, że wkrótce już nie będzie ich jadła; byłyśmy nieustannie przy niej, nie pozostawiając jej ani chwili wytchnienia. W końcu nadszedł 2 Października, dzień łez i błogosławieństwa, kiedy to Jezus zerwał swój pierwszy kwiat (9), który po latach stał się matką pozostałych, gdy przybyły, by znowu połączyć się razem.

Dziś jeszcze widzę to miejsce, na którym otrzymałam ostatni pocałunek Pauliny. Następnie Ciocia zabrała nas na Mszę św., a Tatuś podążył na górę Karmelu złożyć swą pierwszą ofiarę... Cała rodzina płakała, toteż kiedyśmy wchodzili do kościoła, ludzie patrzyli na nas ze zdziwieniem; mnie było to jednak najzupełniej obojętne i nie przestawałam płakać. Miałam wrażenie, że wszystko wokół mnie się zawaliło i nie zwracałam na nic uwagi; patrzyłam na błękitne Niebo dziwiąc się, że słońce może świecić tak jasno, kiedy moja dusza pogrążona jest w smutku!... Sądzisz może, droga Matko, że przesadzam, mówiąc o bólu, jaki wówczas odczuwałam?... Zdaję sobie sprawę, że nie powinien on być aż tak wielki, skoro miałam nadzieję odnaleźć Cię w Karmelu; dusza moja była jednak DALEKA od dojrzałości i trzeba mi było przejść jeszcze przez bardzo wiele doświadczeń zanim dotarłam do tak upragnionego kresu...

Dzień 2 Października był wyznaczony na powrót do Opactwa, musiałam więc udać się tam pomimo mego smutku... Po południu przyszła Ciocia, by zabrać nas do Karmełu; zobaczyłam tam moją drogą Paulinę za kratami... Jak bardzo cierpiałam w tej rozmównicy Karmelu! Opisując dzieje mej duszy, winnam powiedzieć drogiej Matce wszystko, a zatem wyznać również, że cierpienia poprzedzające jej wstąpienie nie dadzą się nawet porównać z tymi, które nastąpiły potem... W każdy czwartek szłyśmy całą rodziną do Karmelu i ja, przyzwyczajona rozmawiać z Pauliną "z serca do serca", otrzymywałam zaledwie dwie lub trzy minuty pod koniec czasu przeznaczonego na rozmowę, minuty tak bardzo oczekiwane, które spędzałam we łzach, i odchodziłam z rozdartym sercem... Nie rozumiałam tego, że to przez delikatność wobec Cioci zwracałaś się głównie do Joanny i Marii, zamiast rozmawiać ze swymi córeczkami... nie rozumiejąc zaś, powtarzałam sobie w głębi serca: "Paulina jest dla mnie stracona!!!" Wśród tego cierpienia dziwnie prędko rozwijałam się wewnętrznie, do tego stopnia, że aż się rozchorowałam.

Choroba, na którą zapadłam, pochodziła zapewne od szatana, wściekłego z powodu Twojego wstąpienia do Karmelu; chciał się zemścić na mnie za to, czego w przyszłości miała go pozbawić u nasza rodzina. Nie wiedział on jednak, że słodka Królowa Nieba "czuwała nad swym delikatnym kwiatkiem i uśmiechała się z wysokości swego tronu, gotowa położyć kres burzy w chwili, gdy się zdawało, że jej kwiat zostanie złamany na zawsze...

Pod koniec roku zaczęłam cierpieć na nieustanne bóle głowy, ponieważ jednak były jeszcze znośne, mogłam się nadal uczyć i nikt się tym nie przejmował; trwało tak aż do Wielkanocy 1883 roku. W tym czasie Tatuś z Marią i Leonią wyjechali do Paryża, a mnie i Celinę zabrała Ciocia. Wieczorem Wuj wziął mnie do siebie i opowiadał mi o Mamusi i dawnych wspomnieniach w sposób tak czuły, że wzruszona do głębi zaczęłam płakać; stwierdził, że jestem zanadto wrażliwa, że potrzebuję więcej rozrywek i wspólnie z ciocią postanowili obmyślić jakiś sposób zrobienia nam przyjemności w czasie wielkanocnych wakacji. Mieliśmy tego wieczoru pójść do kółka katolickiego, ale Ciocia uważała, że jestem zanadto zmęczona i położyła mnie spać. Przy rozbieraniu dostałam dziwnych dreszczy: Ciocia sądząc, że jest mi zimno, otuliła mnie przykryciami i obłożyła gorącymi butelkami, ale nic nie było w stanie zmniejszyć dreszczy, które trwały całą noc. Wuj, kiedy wrócił z mymi kuzynkami i Celiną z kółka katolickiego, był ogromnie zdziwiony moim stanem, który wydawał mu się bardzo poważny; nie chciał się z tym jednak zdradzać, aby nie zaniepokoić Cioci. Rano przyprowadził doktora Notta (10), który skonstatował - podobnie jak Wuj - że choroba jest bardzo ciężka i nigdy nie spotykane u takich małych dzieci. Wszyscy byli skonsternowani; Ciocia musiała zatrzymać mnie u siebie i pielęgnowała z troskliwością iście macierzyńską. Kiedy Tatuś powrócił z Paryża z mymi starszymi siostrami, Aimée (11) przywitała ich z niezmiernie smutną miną, po której Maria sądziła, że umarłam...

Choroba ta jednak nie była na śmierć, ale raczej, jak choroba Łazarza, na to, by Bóg był przez nią uwielbiony (12). I był rzeczywiście uwielbiony przez podziwu godną rezygnację mego biednego Tatusia, który przypuszczał, że "jego córeczka dostanie pomieszania zmysłów, albo - co bardziej prawdopodobne - umrze". Był On także uwielbiony przez Marię!... Ach! ileż ona wycierpiała z mego powodu... jakże jej jestem wdzięczna za bezinteresowne starania, jakimi mnie otaczała... serce dyktowało jej, czego mi było potrzeba, a serce Matki jest mądrzejsze od lekarzy; odgaduje ono, czego dziecku potrzeba w chorobie...

Biedna Maria była zmuszona zamieszkać u Wuja, ponieważ przeniesienie mnie do Buissonnets było niemożliwe. Tymczasem zbliżały się obłóczyny Pauliny (13); uważano, by przy mnie o tym nie wspominać, ponieważ wszystkim było wiadomo, jak bardzo jest mi smutno, że nie będę mogła udać się na nie; ja jednak rozmawiałam o tym często mówiąc, że będę się czuła na tyle dobrze, by móc zobaczyć moją drogą Paulinę. - I rzeczywiście, Dobry Bóg nie chciał odmówić mi tej pociechy, chcąc przy tym pocieszyć też swoją drogą Oblubienicę, która tak bardzo cierpiała z powodu choroby swej córeczki... Zauważyłam, że Jezus nie chce doświadczać swych dzieci w dniu ich zaręczyn; to święto winno być dniem bezchmurnym i przedsmakiem radości Raju. Czyż nie wskazywał na to już pięciokrotnie?... (14) Mogłam więc uściskać moją drogą Matkę, usiąść na jej kolanach i pieścić ją czule... Mogłam podziwiać, jak była urocza w białym stroju Oblubienicy... Ach! był to piękny dzień pośród mego ponurego doświadczenia, ale ten dzień przeszedł szybko... Wkrótce trzeba było wsiąść do pojazdu, który mnie uniósł bardzo daleko od Pauliny... bardzo daleko od mego drogiego Karmelu (15). Po powrocie do Buissonnets położono mnie do łóżka, mimo mych zapewnień, że jestem zupełnie zdrowa i nie potrzebuję pielęgnacji.

Niestety, nie był to jeszcze koniec mego doświadczenia!... Nazajutrz poczułam się jak poprzednio i choroba przeszła w tak ciężki stan, że według ludzkiej rachuby nie powinnam była wyzdrowieć... Nie wiem, jak opisać tę przedziwną chorobę; teraz tłumaczę ją sobie jako dzieło szatana, ale długi czas po odzyskaniu zdrowia byłam przekonana, że udawałam chorą, i to było prawdziwym męczeństwem dla mojej duszy...

Zwierzyłam się z tego Marii, która z właściwą sobie dobrocią uspokajała mnie, jak tylko się dało; spowiadałam się z tego, i spowiednik również usiłował mnie uspokoić mówiąc, że niepodobieństwem jest udawać tak poważną chorobę jak moja. Dobry Bóg chciał mnie zapewne oczyścić a przede wszystkim upokorzyć pozwalając, by to wewnętrzne męczeństwo trwało aż do mego wstąpienia do Karmelu, gdzie Ojciec naszych dusz (16) podźwignął mnie z wszystkich mych wątpliwości jakby przez podanie ręki, i odtąd w pełni odzyskałam pokój.

Moja obawa o udawanie choroby nie powinna się wydawać dziwna, ponieważ mówiłam i czyniłam rzeczy, o których nie myślałam, prawie nieustannie zdawało mi się, że majaczę, mówiąc słowa bez sensu, a równocześnie miałam pewność, że ani przez chwilę nie byłam pozbawiona używania rozumu... Częste pozostając bez ruchu, sprawiałam wrażenie zemdlonej, i pozwoliłabym zrobić z sobą wszystko, co się komu podobało, nawet zabić; równocześnie słyszałam wszystko, co koło mnie mówiono i dotąd jeszcze to pamiętam... Raz mi się zdarzyło, że długo nie mogłam otworzyć oczu i otworzyłam je na chwilę dopiero wtedy, gdy zostawiono mnie samą...

Jestem przekonana, że szatan miał zewnętrzną moc nade mną, ale do mojej duszy i mego umysłu mógł się zbliżyć tylko po to, by wzniecać we mnie ogromną trwogę na widok różnych rzeczy, na przykład bardzo zwyczajnych lekarstw, do przyjęcia których na próżno usiłowano mnie skłonić. Jeśli jednak Dobry Bóg pozwolił zbliżać się do mnie szatanowi, to zesłał mi również widzialnych aniołów... Maria była nieustannie przy moim łóżku, pielęgnując mnie i pocieszając jak czuła Matka; nigdy nie okazała najmniejszego znudzenia, choć przysparzałam jej wiele kłopotu nie pozwalając, by się choć na chwilę oddaliła ode mnie. Mimo to musiała odchodzić razem z Tatusiem na posiłki, a wtedy przez cały czas nieobecności bez przerwy ją wołałam. Wiktoria, która mnie pilnowała, była niejednokrotnie zmuszona iść szukać mojej drogiej "Mamy", jak ją nazywałam... Kiedy Maria chciała wyjść, wolno jej było tylko udać się na mszę św. lub by zobaczyć Paulinę; wtedy nic nie mówiłam...

Wujostwo byli również bardzo dobrzy dla mnie; moja kochana Ciocia codziennie przychodziła, by mnie zobaczyć, i rozpieszczała mnie na tysiąc sposobów. Przychodzili mnie odwiedzać także inni członkowie rodziny, ale błagałam Marię, by im mówiła, że nie chcę przyjmować wizyt; przykro mi było oglądać postacie siedzące w JEDNYM RZĘDZIE wokół mego łóżka i patrzące na mnie jak na ciekawe zwierzę. Lubiłam jedynie odwiedziny Wujostwa (17).

- Nie potrafię wyrazić, jak od tej choroby pogłębiły się moje uczucia, które żywiłam dla nich; zrozumiałam lepiej niż dotąd, że nie byli dla mnie jedynie zwykłymi krewnymi. Ach! miał rację Tatuś, kiedy powtarzał nam dopiero co zapisane słowa. Doświadczyłam później, że się nie mylił (18), a teraz wspomaga i błogosławi tych, którzy otoczyli go tak pełnym oddania staraniem... Ja zaś będąc odsuniętą od świata i nie wiedząc jak okazać swą wdzięczność, mam tylko jeden sposób ulżenia memu sercu: modlić się za krewnych, których kocham, a którzy byli i pozostali tak dobrzy dla mnie!

Leonia była dla mnie również bardzo dobra i na wszelki sposób usiłowała mnie zabawić; ja jednak sprawiałam jej nieraz przykrość, ponieważ dobrze wiedziała, że nie może mi zastąpić Marii...

A moja droga Celina, czegóż ona nie dokazywała dla swej Tereni?... W Niedzielę, zamiast pójść na przechadzkę, zamykała się na całe godziny z biedną córeczką, która sprawiała wrażenie idiotki; trzeba było naprawdę kochać, by nie uciec ode mnie... Ach! moje drogie Siostrzyczki, ileż to sprawiłam wam bólu!... nikt nie przysporzył wam tyle troski co ja i nikt też nie doznał tyle miłości, ile mnieście okazały... Na szczęście w Niebie będę mogła wam za to odpłacić mój Oblubieniec jest nader bogaty, toteż czerpiąc ze skarbów Jego miłości, będę wynagradzać wam to, coście przeze mnie wycierpiały...

Największą moją pociechą podczas choroby było otrzymanie listu od Pauliny... Czytałam go w nieskończoność, aż w końcu nauczyłam się na pamięć... Razu pewnego przysłałaś mi, droga Matko, klepsydrę (19) i jedną z mych lalek przebraną za karmelitankę; nie jestem w stanie wypowiedzieć, jak wielką radość mi to sprawiło... Wuj był niezadowolony, mówił, że zamiast poddawać mi myśli o Karmelu, należałoby usuwać je z mojej pamięci; ja jednak czułam coś wręcz przeciwnego, że właśnie nadzieja zostania kiedyś karmelitanką trzyma mnie przy życiu... Sprawiało mi radość, kiedy mogłam pracować dla Pauliny; robiłam dla niej zabaweczki z bristolu, a ważniejszym jeszcze zajęciem było splatanie wieńców ze stokrotek i niezapominajek dla Najświętszej Panny. Był właśnie piękny miesiąc maj; cała natura stroiła się w kwiaty i oddychała radością, tylko "mały kwiatek" opadał z sił i zdawał się więdnąć na zawsze... Jednakże i on miał obok siebie Słońce, a była nim cudowna Figura Najświętszej Panny, która dwukrotnie przemówiła do Mamusi. Często, bardzo często mały kwiatek zwracał swój kielich w stronę tej błogosławionej Gwiazdy... Pewnego dnia zobaczyłam, jak Tatuś wszedłszy do pokoju Marii, gdzie leżałam w łóżku, podał jej z wyrazem ogromnego smutku kilka złotych monet i polecił, by napisała do Paryża zamawiając Msze św. u Matki Bożej Zwycięskiej z prośbą o uzdrowienie jego córeczki. Ach! jakże byłam wzruszona patrząc na tak wielką Wiarę i Miłość mego kochanego Króla! Chciałam móc mu powiedzieć, że będę zdrowa, ale dość już było złudnych radości; moje pragnienia nie mogły zdziałać cudu, a jedynie cud mógł mnie uzdrowić... Trzeba było cudu i cud ten uczyniła Matka Boża Zwycięska. W Niedzielę (20) (podczas nowenny Mszy świętych) Maria wyszła do ogrodu zostawiwszy mnie z Leonią, która czytała przy oknie; po upływie kilku minut zaczęłam wołać bardzo cichutko: "Mamo... Mamo...". Leonia przyzwyczajona do mego nieustannego wołania nie zwracała na mnie uwagi. Trwało to już długo, więc zawołałam bardzo głośno i w końcu Maria wróciła. Widziałam doskonale wchodzącą, ale nie mogłam powiedzieć jej, że ją poznałam, i w dalszym ciągu wzywałam jej coraz głośniej: "Mamo...". Cierpiałam bardzo w tej przymusowej i niewytłumaczalnej walce, a Maria cierpiała chyba jeszcze więcej niż ja; daremnie usiłując mi pokazać, że jest przy mnie, rzuciła się w końcu wraz z Leonią i Celiną na kolana przy moim łóżku. Zwracając się do Najświętszej Panny i błagając Ją z żarliwością Matki, proszącej o życie dla swego dziecka, Maria uzyskała to, czego pragnęła...

Biedna Terenia nie znajdując żadnego ratunku na ziemi, zwróciła się również do swej Niebieskiej Matki i prosiła Ją z całego serca, by się wreszcie nad nią zlitowała... Nagle Najświętsza Panna wydała mi się piękna, tak piękna, że nigdy nie widziałam nic równie pięknego. Jej twarz tchnęła dobrocią i niewypowiedzianą czułością, ale tym, co przeniknęło mnie aż do głębi duszy, był "czarujący uśmiech Najświętszej Panny". Rozwiały się wszystkie moje utrapienia; dwie wielkie łzy wysunęły się spod powiek i cicho spłynęły po policzkach, a były to łzy niezmąconej radości... Ach! pomyślałam, Najświętsza Panna uśmiechnęła się do mnie, jakże jestem szczęśliwa... (21) ale nigdy nikomu o tym nie powiem, bo wtedy zniknie moje szczęście. Bez żadnego wysiłku spuściłam oczy i ujrzałam Marię, która patrzyła na mnie czule; zdawała się być bardzo wzruszoną i domyślać się, że otrzymałam jakąś łaskę od Najświętszej Panny. Ach! jej to zawdzięczam, jej wzruszającej modlitwie, że otrzymałam łaskę uśmiechu Królowej Niebios. Widząc mój wzrok utkwiony w Najświętszą Pannę, powiedziała sobie: "Teresa jest uzdrowiona!" Tak, mały kwiatek powracał do życia; jasny Promień, który go ogrzał, zdawał się nie wstrzymywać swych dobrodziejstw; nie działał nagle, ale łagodnie i słodko podnosił kwiat umacniając go tak dalece, że po pięciu latach rozkwitnął na żyznej górze Karmelu.

Jak już wspomniałam Maria odgadła, że Najśw. Panna obdarzyła mnie jakąś tajemniczą łaską, toteż kiedyśmy zostały same, zapytała mnie, co widziałam. Nie byłam w stanie oprzeć się tak serdecznym i tak naglącym pytaniom; dziwiąc się, że moja tajemnica została odkryta, mimo że jej sama nie ujawniłam, zwierzyłam się mojej drogiej Marii ze wszystkiego... Niestety, przeczucie nie myliło mnie; moje szczęście znikło i ustąpiło miejsca goryczy; przez cztery lata wspomnienie cudownej łaski, którą otrzymałam, było dla mojej duszy prawdziwą udręką; szczęście moje miałam odnaleźć dopiero u stóp Matki Bożej Zwycięskiej (22), a wtedy zostało mi zwrócone w całej pełni... O tej drugiej łasce Najświętszej Panny opowiem później... Obecnie, moja droga Matko, trzeba mi opowiedzieć, jak to moja radość zmieniła się w smutek. Maria wysłuchawszy mego naiwnego i szczerego opowiadania o "małej łasce" poprosiła o pozwolenie powtórzenia tego w Karmelu, a ja nie mogłam się sprzeciwić... Podczas pierwszej wizyty w mym drogim Karmelu rozradowałam się na widok mej drogiej Pauliny w habicie Najświętszej Panny; były to chwile bardzo słodkie dla nas obu... Tyle rzeczy miałyśmy sobie do powiedzenia, a ja nie byłam w stanie wypowiedzieć tego wszystkiego, co przepełniało mi serce... Dobra Matka M. od św. Gonzagi również tam była, dając mi niezliczone dowody miłości; widziałam też inne siostry i w ich obecności pytano mnie o łaskę, którą otrzymałam, prosząc, abym powiedziała, czy Najśw. Panna miała na ręku maleńkiego Jezusa, czy było dużo światła itd. Wszystkie te pytania zaniepokoiły mnie i sprawiły mi przykrość; mogłam powiedzieć tylko jedno: "Najświętsza Panna wydała mi się bardzo piękną... i widziałam, jak się do mnie uśmiechnęła". Uderzyła mnie jedynie Jej postać; widząc więc, że karmelitanki spodziewały się czegoś innego (już wcześniej zaczęły się udręki dotyczące powodu mej choroby), wyobraziłam sobie, że skłamałam... Gdybym zachowała moją tajemnicę, zachowałabym na pewno i moje szczęście, ale Najśw. Panna zezwoliła na to udręczenie dla dobra mojej duszy; być może, że bez niego przychodziłyby mi myśli pełne próżności, tymczasem moim udziałem stała się pokora; nie mogłam patrzeć na siebie bez głębokiego obrzydzenia... Do jakiego stopnia cierpiałam, o tym będę mogła powiedzieć dopiero w Niebie...

* * *

(1) Nazwa ta oznacza pensjonat prowadzony przez siostry Benedyktynki w Lisieux, założony na początku XVI w. i należący do opactwa Notre-Dame-du-Pré.

(2) Gra dla dziewczynek bardzo dawniej popularna.

(3) "Małe Maudelonde" były kuzynkami Joanny i Marii Guérin. Pani Maudelonde, siostra pani Guérin, miała trzy córki: Małgorzatę, Celinę i Helenę, oraz dwóch synów.

(4) Ten piękny park w kształcie gwiazdy ciągnął się wzdłuż ulicy Pont-l'Eveque, na lewo od wzniesienia, na którym leżało Buissonnets.

(5) Pierwsza Komunia św. Celiny była we czwartek, 13 maja 1880 roku.

(6) Maria Guérin. Wstąpiła ona do Karmelu 15 sierpnia 1895 roku i otrzymała imię: Maria od Eucharystii.

(7) Karmelitanki rozmawiając przy kracie z małymi dziećmi, odsłaniają twarz.

(8) Karmelitanki zwracają się w ten sposób do matki przeoryszy.

(9) Paulina wstąpiła do Karmelu w poniedziałek, 2 października 1882 roku.

(10) Chirurg, który już leczył panią Martin w 1876 roku.

(11) Aimée (Amata) Roger, kucharka u rodziny Guérin.

(12) Por. J 11, 4.

(13) Ceremonia odbyła się 6 kwietnia 1883 roku.

(14) Aluzja do obłóczyn czterech jej sióstr i własnych.

(15) Po powrocie z Karmelu odwieziono Teresę do Buissonnets a nie do państwa Guérin, gdzie zachorowała.

(16) Odnosi się to do o. Almira Pichon TJ., urodzonego w Ste Marguerite-de-Carrouges koło Alençon w 1843 roku. Ten sławny kaznodzieja rekolekcyjny umarł w opinii świętości w Paryżu 15 listopada 1919 roku. Był on świadkiem na procesie beatyfikacyjnym Teresy.

(17) Fragment (-...-), który potem następuje, umieściła Teresa w formie przypisu u dołu karty 29 r.

(18) Państwo Guérin otaczali swego szwagra serdecznym staraniem w ostatnich latach jego życia.

(19) Zegar piaskowy.

(20) Niedziela Zesłania Ducha Świętego, 13 maja 1883 r.

(21) W tym miejscu rękopis jest wydrapany, ale można odczytać: "Ona zbliżyła się (albo: nachyliła?) ku mnie" (tekst wątpliwy).

(22) Było to 4 listopada 1887 roku, w przeddzień pielgrzymki do Rzymu.

Krakowska Prowincja Karmelitów Bosych: www.karmel.pl

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież


Sonda

Czy przedsoborowa Msza Trydencka? (po łacinie)
 

Polecany link, kliknij

Reklama

Kto jest teraz on-line

Naszą witrynę przegląda teraz 261 gości