|
 Św. Andrzej Bobola (1591-1657)
Dzięki swej działalności ewangelizacyjnej na kresach nazwany został apostołem Polesia. Torturowany przez prawosławnych Kozaków, ani przez moment nie pomyślał o wyparciu się wiary katolickiej. Andrzej Bobola urodził się między sierpniem a grudniem 1591 r. (być może 30 listopada), zapewne w miejscowości Strachocina - obecnie gmina Sanok, woj. krośnieńskie. Nie znamy imienia jego matki; ojcem był szlachcic Mikołaj Bobola, pieczętujący się herbem Leliwa. O pierwszych latach Andrzeja, spędzonych prawdopodobnie w domu rodzicielskim, niczego pewnego powiedzieć nie sposób. Można jedynie domniemywać, że rodzina Bobolów odznaczała się zacnością życia i głębokim przywiązaniem do wiary katolickiej. Urobiło to duszę chłopca w ściśle polskiej tradycji. Około roku 1606 zapisał się Andrzej do kolegium jezuitów w Braniewie, któ- re ukończył pięć lat później. Niewiele wiadomo o efektach tej nauki. Pewnym jest, iż przyswoił sobie zasady retoryki, dzięki czemu zasłynął niebawem jako gło- siciel Słowa. Posiadł także w solidnym stopniu łacinę i grekę. Latem 1611 r. rozpoczął nowicjat u jezuitów wileńskich, gdzie wpojono weń twarde prawa zakonu. Miał być gotów do służby Bogu w każdych okolicznoś- ciach, a jednocześnie bezwzględnie szczery i posłuszny wobec przełożonych. Kształtując charakter, chodził do posługi chorym w szpitalach oraz na kwestę. W trakcie samotnych eskapad uczył się, jak znosić niewygody, głód, . brak snu, ludzkie grubiaństwo. W chwilach słabości mógł liczyć na wsparcie duchowe ze strony mistrza nowicjatu Wawrzyńca Bartiliusa. W latach 1613 -1616 studiował Bobola filozofię na AkademŹŹ Wileńskiej (po- przedniczce dzisiejszego uniwersytetu). Ważnym przeżyciem podczas pierwszego roku owej edukacji były niższe święcenia, wraz z tonsurą, które przyjął w grudniu 1613 r. Potem regularnie zdawał wymagane egzaminy i w rezultacie został dopu- szczony do studiów teologicznych. Jednakże, zgodnie z zasadą przyjętą w Towarzystwie Jezusowym, na razie musiał - po skończeniu filozofŹŹ - przerwać własne kształcenie, by poświęcić się pracy pedagogicznej w szkołach średnich (kolegiach) zakonu. Najpierw przez rok uczył gramatyki niższej w Braniewie. Potem spędził rok w Pułtusku jako na- uczyciel trzeciej klasy humanistycznej. W 1618 r. powrócił do AkademŹŹ Wileńskiej i rozpoczął studia teologiczne. Słuchał wykładów o Bogu, Trójcy Świętej, prawie, sprawiedliwości, konstytucjach kościelnych, błędach schizmatyków; uczęszczał na lektorat języka hebrajskiego. Omawiał rozprawy o wcieleniu Syna Bożego, aniołach, przykazaniach Bożych, su- mieniu; dyskutował kontrowersyjne kwestie o czci świętych, odpustach, kulcie re- likwŹŹ, obrazów, posągów; roztrząsał przepisy prawne o życiu kleru, prebendach i godnościach kościelnych... Egzamin z materiału wykładanego na trzecim roku teologŹŹ miał decydujące znaczenie dla ewentualnej dalszej kariery naukowej; student mógł ją robić tylko pod warunkiem uzyskania akceptacji każdego z pięciu profesorów. Tymczasem po przeegzaminowaniu Boboli aż czterech profesorów głosowało przeciw umożliwie- niu mu zdobycia stopnia licencjata; niemniej wszyscy opowiedzieli się za odby- ciem przezeń dalszego kursu teologicznego, zawartego w czwartym i ostatnim ro- ku studiów. Nauka obejmowała tu między innymi traktaty dogmatyczne o wierze, nadziei i miłości, analizowanie kontrowersji o Kościele, papieżu i czyśćcu, kwestie dotyczące spowiedzi i kar kościelnych. 18 grudnia 1621 r. otrzymał Andrzej święcenia subdiakonatu, a niedługo po- tem diakonatu. Dzień jego święceń kapłańskich, 12 marca 1622 r., zbiegł się z uroczystością kanonizacji w Rzymie kilkorga wielkich świętych, pośród nich Ig- nacego Loyoli - założyciela jezuitów. 26 lipca 1622 r. zasiadł Bobola do tzw. egzaminu ad gradum, obejmującego całość materiału uniwersyteckiego z teologŹŹ. Wynik był niepomyślny: trzy opinie profesorów negatywne, a tylko jedna pozytywna. Tym samym nie mógł Andrzej wykładać teologŹŹ w kolegiach. Mógł jednakże odbyć tzw. trzecią probację zakon- ną, w której chodziło mniej o naukę, bardziej natomiast o doskonałość wewnętrz- ną. Dom trzeciej probacji znajdował się w Nieświeżu. Bobola odprawił tam reko- lekcje z pożytkiem, choć "bez wielkiego wysiłku woli". W pracach kuchennych wykazał "duży stopień uległości". Peregrynację żebraczą odbył "ze średnim zapa- łem", lecz bardzo gorliwie pracował na misjach ludowych. Wśród zauważalnych wad praktykującego zakonnika przełożeni odnotowali: porywczość, wybuchy znie- cierpliwienia, przeciętne opanowanie uczuciowości, nadmierną zmysłowość. Fizycz- nie był Andrzej zdrowy i silny. 22 lipca 1623 r. zakończył trzecią probację z wynikiem pozytywnym. Miał 32 lata. Był gotów do podejmowania wszelkich zadań apostolskich. Pierwszy rok pracy spędził w Nieświeżu, na stanowisku rektora kościoła je- zuickiego oraz prefekta bursy dla ubogiej młodzieży (uczącej się). Ponieważ dał się poznać już wcześniej w roli żarliwego kaznodziei i skutecznego misjonarza, rychło został przeniesiony do jezuickiego kościoła św. Kazimierza w Wilnie. Prze- bywał tam sześć lat (1624 -1630), od roku 1626 jako rektor, a od r. 1628 także jako doradca prepozyta. Przy okazji kierował sodalicją mariańską, której świeccy członkowie pełnili z wielką ofiarnością dzieła miłosierdzia w przytułkach, szpita- lach i więzieniach. Kiedy w roku 1625 nawiedziła Wilno zaraza, sodalisi pod wo- dzą ojca Andrzeja pospieszyli jako pierwsi (obok niestrudzonych karmelitów i ba- zylianów) z posługą między chorych. Przy końcu 1626 r. upływały trzy lata pracy apostolskiej Boboli, wobec czego prowincjał litewski Jan Jamiołkowski zażądał od czterech księży jezuitów znają- cych bliżej Andrzeja, by zdali dokładną relację o jego postępach na drodze ku doskonałości: zaletach i wadach oraz widocznych zdolnościach do prac właści- wych zakonowi. Sprawozdania musiały być przychylne, skoro Jamiołkowski i jego doradcy uznali za wskazane prosić generała zakonu, Mucjusza Vitelleschiego, o dopuszczenie Boboli do czwartego ślubu - mimo braku, jak wiadomo, pomy- ślnego wyniku egzaminu ad gradum. Odpowiedź generała, z 30 stycznia 1627 r., brzmiała: co do księdza Andrzeja Boboli, należy jeszcze poczekać. Dalsza korespondencja prowincjała z generałem w tej sprawie trwała blisko trzy i pół roku. Ostatecznie 2 czerwca 1630 r. Bobola złożył w Wilnie uroczystą profesję czwartego ślubu (obok wcześniejszych ślubów ubóstwa, czystości i posłu- szeństwa), mianowicie: specjalnego posłuszeństwa papieżowi. Niemal zaraz po złożeniu profesji został oddelegowany do Bobrujska nad Be- rezyną, gdzie dopiero co wzniesiono parafialny kościółek katolicki oraz niewielki dom zakonny. Zostawszy jego pierwszym przełożonym, Bobola natychmiast rozpo- czął misję ewangelizacyjną. A było co robić, mnożyło się bowiem przechodzenie miejscowych Białorusinów na prawosławie. Inni, żyjący w rozproszonych osadach, posępni i zaniedbani duchowo, często zapominali o przykazaniach Bożych. Upo- wszechniały się zatem "dzikie" małżeństwa, kwitły zabobony, szerzyło się pijań- stwo. Miary nieszczęścia i demoralizacji dopełniały okresowe działania wojenne. Przeprowadzona z rozmachem katechizacja pośród mieszczan bobrujskich tu- dzież mieszkańców pobliskich wiosek szybko wydała owoce: rozchwiana grupa ludności katolickiej poczęła z powrotem garnąć się do sakramentów. Niebawem też zainicjowano budowę drugiego kościółka łacińskiego (istniały już dwie cerk- wie). Wiosną 1633 r. przeniósł się Bobola do Płocka, będąc tam przez pewien czas "gościem" bez określonego zajęcia. W latach 1634 -1635 kierował sodalicją ma- riańską uczniów płockiego kolegium. Rok 1636 i pierwszą połowę 1637 spędził w Warszawie, pełniąc trudny urząd wielkomiejskiego kaznodziei. Przez kolejne piętnaście lat przebywał na placówkach jezuickich w: Płocku (1637 -1638), Łomży (1638 -1643), Wilnie (druga połowa 1642 r.), Pińsku (1643 -1646) i znowu Wilnie (1646 -1652). Pełnił zazwyczaj funkcje kierownicze w kolegiach, bywał konsultorem przełożonych oraz moderatorem sodalisów ma- riańskich. Wszędzie dał się poznać jako natchniony, pełen temperamentu kazno- dzieja, który niejedną zbłąkaną owieczkę sprowadził na właściwą drogę. Ludność białoruska dała mu przydomek "duszochwata", czyli takiego, co umie chwytać du- sze. Latem 1652 r. Andrzej Bobola przybył po raz drugi do Pińska, gdzie miał już pozostać - wyjąwszy krótkie przerwy - na zawsze. Zaraz po przyjeździe zain- stalował się w jezuickim domu zakonnym przy kościele św. Stanisława, rozpoczy- nając pracę misyjną. Pozbawiony fałszywej skromności, znał swoje walory kazno- dziejskie: dysponował donośnym i dźwięcznym głosem, wyborną pamięcią, ostrym dowcipem. Oczytany w literaturze kościelnej, także wschodniej, z łatwością zbijał argumenty słabo wykształconych duchownych prawosławia. Zgodnie ze świadec- twami współczesnych, Słowo Boże w jego ustach było niczym grom dla zatwar- działych serc grzeszników. Misje zaczynał od osobistych postów o chlebie i wodzie; podróże odbywał zwykle pieszo. Przemierzając Polesie, czyli bagnistą i leśną krainę po obu brze- gach Prypeci, docierał do jej najdalszych zakątków. A miły był wszystkim, bo w duszę każdego słuchacza umiał wlać pragnienie lepszego żywota. Nie przypad- kiem nazwano go później apostołem Polesia. Warunki pracy misyjnej na ziemiach Pińszczyzny przedstawiały się podówczas niewesoło. Przede wszystkim brakowało porządnych dróg. Nieliczna ludność sku- piała się w osadach na pagórkach otoczonych mokradłami pędząc życie "leśnych ludzi". Stan umysłów był wprost opłakany: katolicy, poutykani jak rodzynki w cieście prawosławia, nie dbali - poza chrztem - o żadne sakramenty. Jedyną ich modlitwę stanowiło westchnienie: Hospody, pomyłuj (Panie, zmiłuj się), a je- dyną praktykę katolicką - powstrzymywanie się od mięsa, w soboty! W niedziele i święta "leśni ludzie" zjeżdżali tłumnie do Pińska, by sprzedać dziczyznę, smołę, miód i jednocześnie zrobić potrzebne zakupy. Na dźwięk dzwo- nów udawali się do kościoła lub cerkwi, żeby... "otrzymać błogosławieństwo". Potem zapełniali karczmy. Bobola urządzał większość swych wypraw misyjnych w okolice między Piń- skiem a Janowem Poleskim. Obchodząc miasteczka i wioski, głosił kazania, uczył podstawowych prawd wiary, udzielał chrztu, łączył pary małżeńskie, spowiadał. Ze szczególnym umiłowaniem rozdawał Komunię Świętą. Najbardziej celował w katechizowaniu zaniedbanej młodzieży, którą przyciągał ciepłem i wrażliwością na jej problemy. Temperując przez lata własną poryw- czość, odznaczał się już wówczas głęboką pokorą, cierpliwością i panowaniem nad sobą. Z powagą zakonną łączył skromność, łagodność, przystępność. Dzięki przy- jaznemu usposobieniu wszędzie znajdował słuchaczy. Pośród największych sukcesów misyjnych ojca Andrzeja można wymienić przyłączenie do katolicyzmu całych dwóch wsi: Bałandycze i Udrożyn, liczących łącznie około 80 chałup. W pierwszej połowie maja 1657 r. poczęły grasować na Polesiu (nie pierwszy raz) oddziały kozackie. Były to odpryski buntowniczej armŹŹ Bohdana Chmielnic- kiego. Ich działania miały pretekst religijno-społeczny: polski katolicyzm dyspono- wał jawną przewagą kulturową, za to prawosławie jawiło się niczym ostoja ruskiej tożsamości. Kozacy mordowali i łupili więc "papieżanów", szczególnie duchow- nych. Za główny cel ataków obierali klasztory i kościoły katolickie, a także cerk- wie unickie. Wyprawiali w nich uczty, pili gorzałkę z poświęconych kielichów, paradowali w szatach liturgicznych, wydobywali z grobowców zwłoki i cięli je szablami. Ponadto najeżdżali i palili dwory polskiej szlachty, a także pastwili się nad Żydami. Najokrutniej postępowali z jezuitami oraz dominikanami, które to zakony pro- wadziły owocną ewangelizację i dysponowały najlepszymi kaznodziejami. Każdy, kto zasłynął na "lackiej" ambonie, musiał uciekać przed rozbestwioną czernią albo liczyć się ze śmiercią w męczarniach. Kiedy zagony kozackie dotarły w okolice Pińska, kilku najbardziej zagrożo- nych księży opuściło miasto. Byli pośród nich jezuici Szymon Maffon i Andrzej Bobola. Pierwszy udał się do Horodca, gdzie 15 maja został napadnięty przez wa- tahę zdążającą w kierunku Brześcia. Pozbawionego odzienia, przybili Kozacy gwoździami do ławy, po czym głowę tak ściskali powrozami, że oczy wychodziły na wierzch; z piersi i pleców zdarli skórę, żywe ciało polewali wrzątkiem; w koń- cu poderżnęli gardło. Ta sama wataha przybyła 16 maja 1657 r. do Janowa Poleskiego (dzisiaj na- zwa tej miejscowości brzmi po białorusku: Iwanowo), urządzając rzeź katolików, unitów i Żydów. Bobola ukrywał się podówczas w majątku Peredył, we dworze polskiego szlachcica Przychockiego, który dzierżawił wieś Mohilna, cztery kilome- try od Janowa. Usłyszawszy o zajściach w miasteczku, Przychocki kazał swemu woźnicy odwieźć ojca Andrzeja w bezpieczniejsze miejsce, ale było już za późno. Zadenuncjowany przez miejscową ludność prawosławną, 66-letni zakonnik został pojmany przez Kozaków tuż za Peredyłem (woźnica rzucił lejce i zbiegł do lasu). Rozpoczęło się zaraz "nawracanie" Boboli. Przywiązano go do płotu, skatowano nahajkami i pięściami, przy czym postradał kilka zębów. Potem dwóch podpitych mołojców przytroczyło jezuitę za ręce do siodeł i powlokło do Janowa. Kiedy, tracąc siły, raz po raz upadał, siekli mu plecy biczami i kłuli spisami albo szab- lami. Wpół nagi, z kilkoma głębokimi ranami i licznymi pręgami od chłosty, odda- ny został w ręce kozackich "oficerów", którzy nakazali dalsze tortury. Za miejsce zbrodni obrano - nomen omen - jatkę niejakiego Howejczyka. Wepchnięto tam Bobolę i rzucono na stół rzeźnicki. Wpierw ściskano głowę oplotem z moczonych dębowych gałęzi, potem - namawiając do wyparcia się katolicyzmu i przejścia na prawosławie - przypiekano ciało ogniem. Niezłomność ojca Andrzeja, wzywającego świętych imion boskich, doprowa- dzała oprawców do coraz większego okrucieństwa. Wbijali ofierze drzazgi pod pa- znokcie, kaleczyli nożami - w najboleśniejszy sposób - nogi, ręce i głowę, zdzierali skórę na piersiach, obcięli dwa palce. W odpowiedzi na szyderstwa i bluźnierstwa pijanych katów, Bobola wzywał ich do opamiętania, lecz oni - rozdrażnieni stałością jezuity w wierze - bynaj- mniej nie zaprzestawali kaźni. Wykłuli mu prawe oko, zdarli skórę z pleców, a świeżą ranę posypywali plewami z jęczmienia; obcięli nos i wargi; przez otwór w karku wydobyli język i odcięli u nasady. W końcu powiesili zmasakrowane ciało u sufitu za nogi, komentując śmiertelne konwulsje męczennika: "Patrzcie, jak Iach tańczy". Po dwóch godzinach odwiązali go i dobili cięciami szabli w szyję. Zaraz po odjeździe Kozaków, kilkunastu mieszkańców Janowa postąpiło do rzeźni. Twarzy męczennika nie dało się rozpoznać - taka była oszpecona i spu- chnięta. Od szyi po biodra znajdowały się rana przy ranie. Jedyne okrycie Boboli stanowiła purpura własnej krwi. Ksiądz Jan Zaleski, proboszcz unicki, któremu udało się niemal cudem unik- nąć losu ojca Andrzeja, polecił przewieźć jego okaleczone. ciało do swej plebanŹŹ, gdzie je obmyto i przykryto całunem. Dwa dni później, 18 maja 1657 r., przybyli do Janowa - powiadomieni o tragedŹŹ - jezuici pińscy. Przybrali oni ciało Bo- boli w świeży jezuicki habit, a następnie przetransportowali do Pińska. Dotarłszy na miejsce, ułożyli doczesne szczątki męczennika w drewnianej, malowanej na czarno trumnie, na której wieku widniał napis: Pater Andreas Bobola Societatis Jesu, a Cosacis occisus (Ojciec Andrzej Bobola z Towarzystwa Jezusowego, za- mordowany przez Kozaków). Pogrzeb odbył się bez żadnego przepychu. Trumnę wniesiono do kościelnego podziemia i umieszczono, obok innych, w krypcie pod wielkim ołtarzem. Wobec dalszych walk wewnętrznych na Polesiu, a także wobec okresowych kłopotów natury materialnej, ojcowie jezuici poczęli z wolna zapominać o męczen- niku (Bobola był czterdziestą dziewiątą ofiarą, jaką Towarzystwo Jezusowe złożyło w owych strasznych czasach). Sytuację odmieniło dopiero zdarzenie z 16 kwietnia 1702 r. Tego dnia rektor jezuickiego kolegium w Pińsku, ojciec Marcin Godebski , ułożył się na spoczynek bardzo skłopotany problemami bytowymi szkoły; ukazał mu się wówczas ksiądz, od którego postaci biła dziwna jasność, a który przedsta- wił się jako Andrzej Bobola. Zjawa uczyniła wyrzut Godebskiemu, że nie szuka protekcji tam, gdzie powinien (a więc u współbraci zakonnych w niebie); nastę- pnie Bobola zapowiedział wzięcie kolegium w opiekę, lecz dopiero wówczas, gdy rektor każe odnaleźć jego ciało i przeniesie w oddzielne miejsce. Nazajutrz Godebski polecił służbie kościelnej odszukanie zwłok ojca Andrzeja, co początkowo okazało się niewykonalne w krypcie zawalonej stosami trumien. Rankiem 19 kwietnia świecki zakrystian Łukaszewicz zeznał pod przysięgą, że ubiegłej nocy ukazał mu się Bobola, mówiąc: "Ciało moje znajduje się w ziemi, w rogu piwnicy, po lewej stronie; tam szukajcie, a znajdziecie". Tegoż dnia odna- leziono właściwą trumnę. Kiedy zdjęto wieko, wszystkich obecnych ogarnęło zdu- mienie, albowiem relikwie męczennika, pokryte grubą warstwą kurzu, zachowały niezwyczajną świeżość: tkanki nie straciły elastyczności, krew pokrywająca rany jakby dopiero co zakrzepła. Od tego momentu można mówić o początkach kultu męczennika. Jednocześnie poczęły się mnożyć łaski otrzymane za jego pośrednictwem. Wyrazem narastającej czci były coraz liczniejsze pielgrzymki do grobu, jednostkowe i zbiorowe. Kiedy w latach 1709 -1710 ciężka epidemia ogarnęła Polskę i Litwę, w całej Pińszczyźnie ani jeden człowiek nie zginął od moru. Powszechnie przypisano to opiece apostoła Polesia. Niemałym echem odbiła się w dziejach kultu Boboli sprawa uwolnienia księ- cia Michała Serwacego Wiśniowieckiego, więzionego przez Moskali w Głuchowie. Żona księcia, począwszy od września 1710 r., codziennie spędzała u trumny jezui- ty długie chwile na modlitwie, potem zaś w domu pracowała nad wykończeniem złocistego ornatu oraz innych tkanin, które ślubowała złożyć jako wotum w inten- cji oswobodzenia męża. I stała się rzecz niezwykła: 13 grudnia 1710 r., gdy księżna zaniosła ukończone paramenty do kościoła w Pińsku, książę Michał wy- mknął się z więzienia dzięki akcji zorganizowanej przez przyjaciół; grupa ucieki- nierów przekroczyła konno zamarznięty Dniepr, a zaraz potem ciepły deszcz ru- szył krę, co wstrzymało moskiewską pogoń. U progu 1711 roku zaczęto starania o wszczęcie procesu beatyfikacyjnego Boboli. Inicjatorem był pińsko-turowski biskup unicki Porfiriusz Kulczycki, gro- madzący dowody męczeństwa jezuity w obronie wiary katolickiej. We wrześniu 1784 r. kościół pojezuicki w Pińsku przejęli unici, którzy oto- czyli ciało Boboli wielką czcią. Dziewięć lat później katedrę unicką wziął w po- siadanie prawosławny odłam bazylianów. Oni również początkowo okazali uszano- wanie relikwiom ojca Andrzeja, niemniej po jakimś czasie przestali dopuszczać katolików i unitów do krypty, a późną wiosną 1805 roku umyślili wywieźć pota- jemnie zwłoki męczennika i zakopać w sobie tylko znanym miejscu. Wiadomość o tym planie szybko dotarła do jezuitów (którzy "przechowali" się na ziemiach ruskich - jako wyborni nauczyciele - mimo kasaty zakonu przez papieża Kle- mensa XIV w lipcu 1773 r.). Dwa i pół roku trwały oficjalne starania o zgodę cara na przewiezienie ciała Boboli do Połocka. W końcu nadeszła akceptacja, jed- nak pod warunkiem, że sprawa zostanie przeprowadzona bez rozgłosu i zewnętrz- nych uroczystości. 29 stycznia 1808 r. ciało męczennika znalazło się u jezuitów połockich. W roku 1819 dominikanin wileński Alojzy Korzeniewski doznał szczególnego widzenia: stanął przed nim Andrzej Bobola (do którego zakonnik dominikański ży- wił szczególne nabożeństwo) i, przedstawiwszy się, polecił otworzyć okno. Ukaza- ła się za nim rozległa równina, gdzie żołnierze różnych narodowości toczyli zacię- ty bój. Komentując ich zmagania, ojciec Andrzej miał powiedzieć: "Gdy wojna, której obraz masz przed sobą, zakończy się pokojem, Polska będzie odbudowana, a ja zostanę jej głównym (nowym] patronem". Przepowiednia ta rozpowszechniła się z czasem pośród narodu polskiego, niosąc otuchę w zniewolonym kraju. Sto lat później, po traktacie wersalskim (1919 r.), stała się rzeczywistością w odniesie- niu do suwerenności Polski. Wyraźne nasilenie modłów i suplik o beatyfikację apostoła Polesia dało się zauważyć po roku 1814, gdy papież Pius VII przywrócił na całym świecie zakon jezuitów. Jakby na przekór tej decyzji, car Aleksander nakazał w 1820 r. wydale- nie członków Towarzystwa Jezusowego z terenów rosyjskich (również tych, które zostały zabrane Polsce), wobec czego świątynię i kolegium pojezuickie w Połocku objęli pijarzy. Kiedy dziesięć lat później pijarów także wypędzono z Połocka, cia- ło Boboli zostało przeniesione, 8 czerwca 1830 r., do kaplicy przy kościele domi- nikanów. Wiosną 1826 r. formalnie wznowiono proces beatyfikacyjny, który toczył się za czasów papieży Leona XII, Piusa VIII i Grzegorza XVI. Ten ostatni już u progu swego pontyfikatu otrzymał wnikliwy memoriał od księdza Hieronima Kajsiewicza - z przypomnieniem barbarzyńskiego tępienia Kościoła unickiego i prześladowania katolicyzmu w znękanej rozbiorami Polsce. Autor opracowania wykazywał, że beatyfikacja Andrzeja Boboli mogłaby wydatnie powstrzymać eks- pansję prawosławia na wschodnich ziemiach polskich - dzięki przypomnieniu wzoru stałości w wierze katolickiej. Z drugiej strony, takie same konsekwencje beatyfikacji Polaka przewidywał rząd rosyjski, toteż car (jako formalny zwierzchnik Cerkwi) wszelkimi siłami sta- rał się do takiego aktu nie dopuścić. Daremnie. 30 października 1853 r. papież Pius IX wyniósł Andrzeja Bobolę na ołtarze, ogłaszając go błogosławionym. 10 sierpnia 1912 r. wybuchł w Połocku pożar, który strawił dach kościoła parafialnego, organy, dzwony i kaplicę bł. Andrzeja. Uratowane ciało męczennika (wciąż nie psujące się) umieszczono rok później w nowo zbudowanej kaplicy, na miejscu zakrystŹŹ. 17 września 1917 r. przełożono relikwie do metalowej trumny ze szklanym wierzchem. Nie bez wpływu na szerzenie się kultu błogosławionego była uroczystość, ja- ką 28 maja 1918 r. przeżył Kraków. Mianowicie tego dnia jezuita Jan Rostworo- wski przywiózł z Połocka żebro Boboli, które wniesiono procesyjnie do kościoła św. Barbary. Tłumny udział w tej uroczystości wzięła ludność dawnej stolicy Pol- ski i górale podhalańscy. Niebawem rozpoczęły się starania o kanonizację apostoła Polesia. Prosili 'o nią obywatele Pińszczyzny, błagał zakon jezuitów. Przyłączył się również charyzma- tyczny wódz Polaków, naczelnik Józef Piłsudski, który w swoim liście do papieża Benedykta XV napisał między innymi: "Ojcze Święty! Od początku wojny świa- towej, która zda się obecnie dobiegać końca, Bóg Wszechmogący widocznie bło- gosławił naszej bohaterskiej armŹŹ. Wbrew zamiarom naszych wrogów, Ojczyzna nasza zmartwychwstała, co według rachub ludzkich zdawało się prawie niemożli- we. Przypisujemy to dokonanie się aktu sprawiedliwości dziejowej możnemu wsta- wiennictwu naszych Świętych Patronów, a zwłaszcza Błogosławionemu Andrzejowi Boboli...". Kiedy latem 1920 r. milionowa armia bolszewicka ruszyła na Warszawę, obradu- jący w Częstochowie biskupi polscy wystosowali do Watykanu kolejną gorącą prośbę o kanonizację bł. Andrzeja; równocześnie dali wyraz przekonaniu, że jego opieka uchroni Polskę od zagłady. W tym duchu odprawiono między 6 a 15 sierpnia no- wennę na terenie archidiecezji warszawskiej. 8 sierpnia, podczas wspaniałej stołe- cznej procesji przy udziale stu tysięcy osób, niesiono relikwie bł. Andrzeja Boboli i bł. Władysława z Gielniowa, modląc się o niedopuszczenie wroga do Warszawy (słychać już było w mieście huk frontowej artylerŹŹ). Tydzień później, w ostatnim dniu nowenny, armia polska rozbiła bolszewickie przyczółki, przechodząc do kontrataku, a zdarzenie to przeszło do tradycji pod nazwą "cudu nad Wisłą". Przez kilka wieków dzieje kultu Andrzeja Boboli wiązały się bardzo ściśle z dziejami jego relikwŹŹ, które trwały ciągle niezepsute. W 1886 r. przyjechała z Petersburga do Połocka specjalna komisja carska aby zbadać "polskie metody wyrabiania świętych. Kiedy urzędnicy weszli z księdzem do kościoła i zaczęli dowcipkować przed sarkofagiem Boboli, nagle ze sklepienia wysunęła się cegła, raniąc jednego z czynowników. Tym samym komisja uznała swą pracę za skoń- czoną. Trzydzieści sześć lat później, mianowicie 23 czerwca 1922 r., przybyła do Połocka grupa "uczonych" bolszewików, aby wydrwić Kościół katolicki przez uka- zanie, iż w sarkofagu Andrzeja Boboli znajduje się jedynie garść spróchniałych kości. Agenci czerezwyczajki usunęli zamek, otwarli trumnę i zdarli odzienie z ciała męczennika. Następnie podnieśli trumnę niemal do pionu i spuścili z ło- skotem na posadzkę, czekając na rozpadnięcie się zwłok. Wszakże, ku ich zdzi- wieniu, nic takiego nie nastąpiło; postanowili zatem aresztować zwłoki jako "osob- liwy przypadek" niezgody z naturą. 20 lipca 1922 r. uzbrojony oddział agentów, bijąc protestującą ludność, porwał trumnę Boboli i uwiózł w nieznanym kierunku. Nieco później okazało się, że złożono ją w gmachu moskiewskiej Wystawy Higie- nicznej Ludowego Komisariatu Zdrowia, w lokalu niedostępnym dla publiczności. Odzyskanie relikwŹŹ tudzież ich wywiezienie z Rosji nastąpiło dzięki interwe- ncji dwóch jezuitów amerykańskich, którzy przybyli do Moskwy w ramach Papie- skiej Misji Ratowniczej (socjalistyczna reforma rolna spowodowała w Kraju Rad straszliwą klęskę głodu). Ustalono przewiezienie ciała Boboli bezpośrednio do Wa- tykanu, z pominięciem Polski. 3 października 1923 r. wyekspediowano trumnę ko- leją do Odessy, a stamtąd - już drogą morską - do Konstantynopola i Brińdisi. W uroczystość Wszystkich Świętych relikwie męczennika przybyły do Rzymu, by następnego dnia spocząć w kaplicy św. Matyldy. W maju 1924 r. papież Pius XI przekazał ciało Boboli kościołowi Il Gesu - naczelnej świątyni jezuitów. Prowadzona od początku lat 20. intensywna akcja szerzenia kultu bł. Andrze- ja, z najsilniejszym ośrodkiem w Krakowie, zmierzała do ożywienia czci męczen- nika i wyproszenia dwóch nowych cudów potrzebnych wówczas do kanonizacji. W lipcu 1924 r. papież podpisał dekret powołujący specjalną watykańską komisję dla sprawy Boboli. Owo szacowne grono wybrało z wielkiej liczby około 2000 zanotowanych łask, przypisywanych pośrednictwu bł. Andrzeja, dwa szczególne uzdrowienia (z lat 1922 i 1933), które po wnikliwych badaniach rzeczoznawców i dyskusjach w Kongregacji Obrzędów zatwierdzono jako cudowne. 11 maja 1937 r. na posiedzeniu generalnym w obecności papieża roztrząsano pytanie, czy wolno już przystąpić do kanonizacji polskiego jezuity. Odpowiedź by- ła jednomyślna i twierdząca. Pięć dni później został ogłoszony odpowiedn‹ dekret papieski. Uroczystość kanonizacyjna, przeprowadzona z niespotykanym rozmachem i przepychem, odbyła się 17 kwietnia 1938 r., w święto Zmartwychwstania Pań- skiego. Równocześnie z Andrzejem Bobolą chwały świętych na ziemi dostąpili Jan Leonardi (Włoch) i Salwator da Horta (Hiszpan). Ponieważ wcześniej uzgodniono, że integralne relikwie Boboli wrócą po kano- nizacji do Polski, rozpoczęły się zabiegi o ich sprezentowanie Pińskowi albo Wil- nu, jednakże papież zdecydowanie opowiedział się za Warszawą. Była to, jak się niebawem okazało, decyzja opatrznościowa, albowiem kilkanaście miesięcy później, we wrześniu 1939 r., wschodnie tereny Polski zostały zaanektowane przez Rosję sowiecką. Pochód świętego, w doczesnych szczątkach, z Rzymu do Warszawy nie miał analogŹŹ w polskim życiu religijnym. Nawet Wieczne Miasto, przywykłe do mani- festacji katolickich, dawno nie widziało tak wspaniałej uroczystości, jaką było po- żegnanie relikwŹŹ św. Andrzeja Boboli. '4 czerwca 1938 r. na dworzec rzymski przybył - udostępniony przez polskie Ministerstwo Komunikacji - pociąg specjalny (przywożąc przy okazji 150 dostoj- ników pielgrzymów). Pośród osobowych pulmanów znajdował się także wagon-ka- plica, wyłożony czerwonym adamaszkiem. Przywieziono w nim nową, srebrną tru- mnę, do której 6 czerwca przełożono ciało świętego męczennika. Dwa dni później, po nabożeństwie pożegnalnym w Il Gesu przy blasku 25 tysięcy świec, przewie- ziono trumnę na dworzec Termini. Za obsypanym kwiatami rydwanem postępowa- ła 2 kilometrowa procesja. Biły wszystkie rzymskie dzwony. 9 czerwca pociąg stanął w jugosłowiańskiej (słoweńskiej) Lublanie, gdzie tłum- nie zgromadzeni katolicy przenieśli ciało świętego Polaka na nabożeństwo w miej- scowym kościele jezuickim. Następnego dnia to samo uczynili mieszkańcy stolicy Węgier Budapesztu. Przejazd przez Czechosłowację wypadł w nocy z 10 na 11 czerwca, a mimo to przy wielu dworcach czekały procesje ze świecami i mu- zyką. Na polską stację graniczną w Zebrzydowicach pociąg wjechał rankiem 11 czerwca 1938 r. W dalszej drodze nie przewidziano postoju aż do Dziedzic , toteż rozmodlone tłumy klęczały wzdłuż torów. Kiedy o godzinie 18. lokomoty- wa zatrzymała się w Krakowie, kompania honorowa sprezentowała broń, a potęż- ny chór odśpiewał Gaude, Mater Polonia, prole fecunda nobili (Raduj się, Matko Polsko, płodna w szlachetne potomstwo). Po nabożeństwie u stóp kościoła Mariac- kiego, pochód z trumną skierował się do jezuickiego kościoła Serca Jezusowego, gdzie relikwie przebywały dwa dni. 13 czerwca podjął je Śląsk, a konkretnie Ka- towice, przy czym nikt nie był w stanie zliczyć delegacji duchowieństwa, ofice- rów, młodzieży męskiej, górników, rolników, powstańców górnośląskich, sokołów, pocztowców, sodalisów mariańskich... Tego samego dnia wieczorem pociąg z wa- gonem-kaplicą dotarł do Poznania. Srebrna trumna miała tu gościć aż cztery dni; kiedy niesiono ją głównymi ulicami do kościoła jezuitów, chyliły się tysiące głów i setki sztandarów, a z okien frunęło kwiecie. Rankiem 17 czerwca pociąg ruszył - przez Jarocin, Ostrów Wlkp., Kalisz i Sieradz - do Łodzi. Po południu relikwie osiągnęły Warszawę, gdzie nastąpiła kulminacja uroczystości powitalnych. Dość powiedzieć, że na ulice wyległo pół miliona osób, a w świcie honorowej znaleźli się między innymi kardynał Kako- wski, nuncjusz Cortesi, wicepremier Kwiatkowski, marszałek Śmigły-Rydz, mar- szałkowie Sejmu i Senatu, ministrowie, generalicja, prezydium stolicy, rektorzy wyższych uczelni, szambelanowie papiescy, kawalerowie maltańscy... Podczas wieczornej sumy pontyfikalnej na Placu Zamkowym prezydent Ignacy Mościcki złożył obok trumny św. Andrzeja Boboli, jako wotum, swój Krzyż Niepodległości z Mieczami, manifestując w ten sposób wiarę i przywiązanie do Kościoła katolic- kiego. 20 czerwca 1938 r. srebrny relikwiarz św. Andrzeja Boboli spoczął w kaplicy jezuickiego Domu Pisarzy przy ulicy Rakowieckiej. 27 września 1939 r., czyli w dniu kapitulacji Warszawy przed nacierającymi wojskami hitlerowskimi, dokonano przeniesienia relikwŹŹ do kościoła jezuitów przy ulicy Świętojańskiej. Pozostały tam do czasu powstania warszawskiego. 14 .sierpnia 1944 r. zagościły w kościele św. Jacka przy ul. Freta. 7 lutego 1945 r. wróciły do jezuitów na Rakowiecką. Aby móc wyremontować i na nowo oszklić srebrną trumnę, 25 marca 1950 r. przełożono ciało Boboli do tymczasowej trumny drewnianej, a przy okazji prze- brano w nowe szaty. 2 maja relikwie powróciły na dawne miejsce. 7 maja 1957 r. rozpoczęła się uroczysta nowenna z okazji trzechsetlecia śmierci św. Andrzeja Boboli (czyli jego narodzin dla nieba). W sam dzień jubi- leuszu, 16 maja 1957 r., ksiądz prymas Stefan Wyszyński otrzymał w Rzymie kapelusz kardynalski. Wiosną 1980 r., po ćwierćwieczu starań ze strony polskich jezuitów, komuni- styczne władze państwowe wyraziły wreszcie zgodę na rozpoczęcie budowy dwu- poziomowej świątynisanktuarium św. Andrzeja Boboli przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie. Trzy lata później odprawiono już pierwszą mszę w kościele do- lnym, a 17 kwietnia 1988 r. - w pięćdziesiątą rocznicę kanonizacji Boboli- pierwszą mszę w kościele górnym. Poświęcenie całego sanktuarium dokonało się 24 listopada 1991 r., w związku z czterechsetleciem urodzin apostoła Polesia; uro- czystości tej przewodniczył prymas Józef Glemp. Pół roku później, 17 maja 1992 r., św. Andrzej Bobola został ustanowiony patronem metropolŹŹ warszawskiej. W roku 1993 uzyskało osobowość prawną Stowarzyszenie Krzewienia Kultu św. Andrzeja Boboli (SKKAB), mające siedzibę przy warszawskim sanktuarium. Zgodnie ze swą nazwą, SKKAB chce przywracać kult męczennika wszędzie tam, gdzie został on wykorzeniony, a więc np. w Nieświeżu, Wilnie, Bobrujsku, Połoc- ku... Dzięki zaangażowaniu działaczy Stowarzyszenia, w listopadzie 1994 r. otwarty został dla wiernych (po pięćdziesięciu latach służenia różnym celom) ko- ściół katolicki w Janowie Poleskim. Święty Andrzej Bobola - patron archidiecezji białostockiej i warmińskiej oraz diecezji łomżyńskiej i płockiej - przedstawiany jest w ikonografŹŹ zwykle na dwa sposoby: 1/ jako wędrowny kaznodzieja w stroju jezuity; 2/ jako męczennik (często z szablą kozacką na szyi). Jego święto obchodzi się 16 maja.
|
i Połock; komu należy wierzyć i dlatego pytam o wiarygodne źródła